ZDOBYĆ PODZIW I BYĆ POTRZEBNYM

Dziecko czuje się kochane, kiedy jest widziane i akceptowane takie, jakie jest, ze swoimi indywidualnymi cechami. Rolą rodziców nie jest zmienianie tożsamości dziecka na taką, która pasuje do ich wizji, oczekiwań społecznych czy rynku pracy; rolą rodziców jest nauczenie dziecka życia w zgodzie ze sobą (samorealizacja) i w kontekście innych ludzi (współpraca, empatia i szacunek).
Kiedy dziecko nie czuje się akceptowane lub dostaje nadmiar akceptacji (dostaje akceptację krzywdzenia, przekraczania cudzych granic), jego obraz siebie w kontekście innych ludzi ulega zaburzeniu. Gdzie zostaje głęboko zranione lub gdzie jest wyręczane i staje się bezradne, kształtuje się słaba strona („tu jestem nie ok, nie zasługuję na miłość”. To, co zostaje zauważone i pochwalone, definiuje się jako mocna strona („tu ja kontroluję miłość”).
Taki sposób myślenia o sobie sprawia, że w dorosłym życiu przyciągamy do siebie ludzi, którzy do niego pasują: zasilają naszą słabą stronę zamiast nas i pozwalają się kontrolować naszą mocną stroną. Wierząc w nierówność wewnątrz siebie, tworzymy relacje oparte na podporządkowaniu i dominacji, na zależności, nie na partnerstwie. Słaba część naszego ja jest „wyłączona”, nie mamy z nią kontaktu, więc i nie ma ona mocy tworzenia bliskości w relacji. Mocna część próbuje to kompensować, używa mocy tworzenia nadmiarowo, ale w ten sposób również nie tworzy bliskości, tylko przewagę: kontrolę. Ta kontrola przejawia się poprzez wymuszanie dostawania (podziwu, aprobaty, uznania, wdzięczności) i przez wymuszanie dawania (bycie potrzebnym, niezastąpionym). Brak naturalnej akceptacji siebie zastępujemy dostarczaniem sobie dowodów na to, że jesteśmy ok, za pomocą cudzej aprobaty i poczucia bycia niezbędnym w cudzym życiu. Nie tworzy to jednak spodziewanego uczucia miłości, a uzależnienie i lęk przed stratą.
Nie potrzebujemy bowiem ani podziwu, ani zaopiekowania się nami po dziecięcemu, żeby poczuć miłość. Nie da się zaszczepić cudzej miłości w sobie bez samoakceptacji. Potrzebujemy zaakceptowania siebie, wszystkich obszarów swojego ja, żeby w ogóle wpuścić miłość innych do siebie, żeby stworzyć harmonię wewnątrz siebie, a potem w relacjach. Dowodem na uruchomienie w sobie tego procesu jest słabnięcie naszych reakcji emocjonalnych na ataki na to, co uznaliśmy za swoją słabą stronę. Dowodem na zlikwidowanie swojego wewnętrznego konfliktu jest całkowity zanik potrzeby kontrolowania relacji z innymi ludźmi za pomocą pozyskiwania ich podziwu i zanik potrzeby tworzenia dowodów na bycie potrzebnym. Kiedy przestajemy czuć przymus wywierania wrażenia na innych, kiedy przestajemy czuć konieczność bycia niezastąpionym, zaczynamy kierować energię na siebie, zauważać i wspierać siebie; jeśli robimy to ze zrozumieniem, bez oceniania, stajemy się wolni, niezależni, lojalni wobec swoich potrzeb, emocjonalnie dojrzali i zdrowi. Ta wewnętrzna samoakceptacja pozwala tworzyć relacje partnerskie: gdzie partnerzy się nie potrzebują, a jednak wybierają siebie nawzajem, bo to pomnaża ich dobre samopoczucie, tworzy nową jakość.
Cokolwiek nosimy w sobie, wyświetla się w relacjach jak w lustrze. Zmieniając coś w sobie, zmieniamy automatycznie w relacjach. Zarządzając samymi relacjami, niczego w sobie nie zmieniamy, próbujemy jedynie oszukać samych siebie wbrew temu, w co naprawdę wierzymy.