Im więcej w nas lęku, tym bardziej potrzebujemy oceniać innych. Im więcej w nas miłości, tym bardziej potrzebujemy innych ludzi rozumieć. Nie oznacza to usprawiedliwiania czyichś krzywdzących zachowań, tylko odejście od etykietowania, a przede wszystkim od szufladkowania na dobrych i złych ludzi. Uważam, że znakomita większość ludzkości nie jest ani dobra, ani zła, tylko zaprogramowana: zachowuje się według scenariusza wyprodukowanego przez ich umysł na podstawie danych z pierwszych sześciu lat życia. Narcyzi nie CHCĄ być narcyzami, tylko nie potrafią być kimś innym, dopóki ich życie nie zmusi (a zazwyczaj nie zmusza). Matki-Polki nie CHCĄ być bohaterkami, tylko nie potrafią funkcjonować inaczej, dopóki ich własny ból nie obudzi (na szczęście coraz częściej budzi). Dotyczy to każdego z nas, każdego scenariusza dziecięcego umysłu na kontrolowanie rodzicielskiej miłości z lęku przed jej utratą. Dopóki sobie nie uświadamiamy swojego zaprogramowania, jesteśmy jak zahipnotyzowani, niczego tak naprawdę nie wybieramy, wyuczone automatyzmy robią to za nas. Dopiero kiedy przestajemy się identyfikować ze swoim zaprogramowaniem i zaczynamy sobie zadawać pytanie „kim jestem?”, uzyskujemy możliwość prawdziwego wyboru. I wtedy jakoś nikt nie wybiera bycia złym, bo to po prostu nie daje dobrego samopoczucia, jest jak życie na stałym kacu. Dlatego jeśli ktoś krzywdzi, to znaczy, że nie wie, kim jest, działa na oślep, według losowych skojarzeń swojego umysłu, i dopóki się nie ocknie – nie nabierze dystansu do swoich emocji i myśli – jest jak marionetka własnego umysłu, nie POTRAFI działać inaczej.
Warto w tym kontekście spojrzeć na filozoficzne pytanie „mieć czy być?”. Samo w sobie sugeruje, że trzeba się opowiedzieć po jakiejś stronie, bo jedno jest wrogiem drugiego.
Jedni wierzą, że „mieć” przynosi ze sobą „być”: że pieniądze nadają człowiekowi wartość, status, otwierają wszystkie drzwi. Ich umysł zazwyczaj bazuje na doświadczeniu dostawania czegoś materialnego od rodziców, co powodowało odczucia kojarzone z miłością: bycia widzianym, rozumianym, wyróżnionym. Mogły to być wymarzone prezenty, mogło to być prawo do wybrania sobie lepszego jedzenia czy ubrania. Mogło to być silne pragnienie tego, co miały inne dzieci. Cokolwiek, co spowodowało skojarzenie miłości z jej materialną formą. I rzeczywiście, pieniądze dają wiele satysfakcji, dają poczucie mocy tworzenia swojego życia przez zarabianie, przez możliwość kupienia sobie tego, na co mamy ochotę. Ale nie dają prawdziwego poczucia własnej wartości, nie przynoszą stałego dobrego samopoczucia, tym bardziej poczucia szczęścia. Bo „mieć” nie wyklucza „być”, ale też go nie dostarcza automatycznie. Można mieć wszystko i nadal czuć się gorszym od innych, nieszczęśliwym.
Inni z kolei wierzą, że „być” produkuje „mieć”: że życie nagrodzi ich za ciężką pracę, uczciwość, odpowiedzialność, lojalność. Ich umysł bazuje na doświadczeniu zasługiwania na akceptację rodziców, na skojarzeniu „wytwarzania” miłości swoim zachowaniem, byciem. I – tak, wytrenowanie odpowiedzialności, empatii, rozumienia innych ludzi daje wiele satysfakcji, daje umiejętność przystosowania społecznego, tworzenia relacji. Ale nie daje radości z wybierania z tego, co oferuje świat, nie daje wolności słuchania swoich potrzeb i emocji, nie daje poczucia szczęścia. Bo „być” nie wyklucza „mieć”, ale wcale go automatycznie nie tworzy. Można zapracować się na śmierć i materialnie niczego nie osiągnąć, również poczucia szczęścia.
Jedni i drudzy wierzą, że „nie można mieć wszystkiego”, że można albo „mieć” kosztem jakichś swoich wartości, albo „być”, rezygnując z tego, co daje radość i przyjemność. To tak, jakby ktoś kazał nam wybierać, czy wolimy mieć dostęp do wody w optymalnej temperaturze, ale od czasu do czasu, w mało przewidywalnych momentach, czy stały dostęp, ale do lodowatej. Może gdybyśmy wybierali świadomie, wybralibyśmy inaczej. Ale wybiera za nas dziecięcy umysł na podstawie jedynych dostępnych mu danych, zawsze jednostronnych, częściowych, niepełnych.
„Mieć” i „być” nie tylko się nie wyklucza, ale musi się uzupełniać, pozostawać w równowadze, żeby dać nam poczucie szczęścia.
„Mieć” bez „być” to pozerstwo, tworzenie wizerunku, którego inni zazdroszczą, ale którego nie da się poczuć; to przekraczanie emocjonalnych granic innych ludzi i „spłacanie” tego materialnie.
„Być” bez „mieć” to pusty heroizm, zwalnianie innych z odpowiedzialności, tworzenie siły, która zamiast karmić, osłabia i niszczy; to uzależnianie się od innych materialnie i „spłacanie” tego zrozumieniem, opieką, wspieraniem, usprawiedliwianiem, wybaczaniem.
„Mieć i być” czy „być i mieć” oznacza zmianę przekonania, że „nie można mieć wszystkiego”. Można, dlaczego nie? Wymaga to tylko (albo aż) jednakowej lojalności wobec swoich i cudzych potrzeb i emocji. Samorealizacji zamiast spełniania cudzych oczekiwań i samorealizacji w kontekście innych – nie ich kosztem.