Pierwsza refleksja związana z dzisiejszym tematem przyszła do mnie w związku z Plebiscytem Hipokrates, o którym pisałam na Fb. O ile gest zgłoszenia mojej kandydatury odczułam jako miłe wyróżnienie, a każdy otrzymany sms odebrałam jako wyraz docenienia czy wsparcia, o tyle powtarzające się wiadomości od Redakcji z sugestiami jak mogę wydajniej zaangażować ludzi w branie udziału w tej grze sprawiły, że poczułam się manipulowana do manipulowania innymi, żeby kupić sobie zwycięstwo: nakłonić znajomych albo wyłożyć z własnej kieszeni jakiś tysiąc złotych na ten moment, bo równie dobrze, zgodnie z regulaminem, może pójść kilkaset głosów z jednego numeru. Odnoszę wrażenie, jakby ktoś systematycznie próbował uruchomić we mnie przycisk pod nazwą „Kup sobie wygraną”.
Potem zadzwoniła do mnie Pani, która oznajmiła mi, że moja firma SERCE I ROZUM zajęła wysokie miejsce w innym plebiscycie pod nazwą Orły Medycyny, gdzie ranking tworzony jest na podstawie jakości i ilości ocen i opinii w internecie. W związku z tym dość kategorycznie, żeby nie powiedzieć nachalnie, próbowała mnie namówić do zakupienia dyplomu i statuetki za niecałe 600 zł (można wrzucić w koszty). Poczułam się jakby ktoś natarczywie naciskał guzik „Kup sobie prestiż”.
W związku tym telefonem przypomniało mi się, że dostaję masę e-maili z propozycjami, żebym kupiła sobie opinie w internecie oraz polubienia i komentarze w mediach społecznościowych (już od 20 zł). Przynajmniej raz w tygodniu ktoś sprawdza, czy działa u mnie przycisk „Kup sobie wizerunek/status”.
Tak narodził się pomysł na ten tekst, bo z tych przykładów można wyciągnąć wniosek, że za pieniądze można kupić wszystko. Jedni powiedzą, że to nieuczciwe, inni – że strategia jak każda inna. Wbrew pozorom nie zamierzam wdawać się w dyskusję czy pieniądze są dobre czy złe, ważne czy nieważne, raczej chcę zwrócić uwagę na aspekt, który pomijamy przy takich dyskusjach. Spróbujmy popatrzeć na pieniądze jak na neutralną formę energii, jak na narzędzie. Taki na przykład młotek jest dobry czy zły, ważny czy nieważny? To zależy nie od młotka, tylko od tego, kto młotka używa – jeśli go potrzebuje, to jest dla niego ważny; jeśli wbija nim gwoździe, to dobrze, jeśli używa do zrobienia komuś krzywdy, to źle. Tak czy siak, nie młotek decyduje. Z pieniędzmi jest tak samo – mogą nas wspierać i mogą nas sprowadzać na manowce, ale nie zależy to od nich, tylko od nas, i nawet nie od tego, co chcemy za nie kupić, a po co.
Pieniądze są narzędziem, które może pomóc nam się uszczęśliwić albo unieszczęśliwić, w zależności od tego, czy wydamy je na swoje prawdziwe ja, czy na swój wizerunek; czy będziemy z ich pomocą rozwijać miłość do siebie i innych czy próbować kontrolować dostawanie od innych tych obrazków, które nasz umysł skojarzył ze szczęściem i miłością. W pierwszym przypadku pojawi się radość bez względu na obiektywny rezultat, w drugim pojawi się wyraźny efekt, którego inni bedą nam szaleńczo zazdrościć, ale który nas nie uszczęśliwi. Zdarza mi się słyszeć od ludzi: „właściwie mam wszystko, ale nic mnie nie cieszy”, „nie mam na co narzekać, ale coraz bardziej popadam w depresję”, „mam sukcesy i osiągnięcia, ale w ogóle tego nie czuję, jakieś to takie bez sensu wszystko”. Takie stwierdzenia to znak, że poszliśmy za skojarzeniami umysłu, użyliśmy swojej energii w postaci pieniędzy, czasu i wysiłku w stworzenie obrazka, który nie odpowiada naszym prawdziwym potrzebom. Informuje nas o tym brak pozytywnych emocji i pojawianie się smutku, który mówi, że nie tworzymy czegoś, co jest dla nas ważne, na czym nam naprawdę zależy. To sygnał, że tęsknota za miłością zamieniła się w kontrolowanie jakiejś formy miłości, jakiejś jej namiastki. Umysł realizuje swoje scenariusze powstałe z lęku przed utratą miłości, ale czucie nie daje się oszukać: może nam to dawać chwilową przyjemność czy satysfakcję, ale długoterminowo zabiera nam radość życia, bo powoduje uzależnienia. Od substancji, od ludzi, od dostawania konkretnej gratyfikacji i weryfikacji, od „więcej”, od „częściej”. Od kontroli.
Każda reklama próbuje uruchomić w nas przycisk „Kup sobie szczęście/miłość/bliskość/radość/wolność”, choć oferuje tylko towary, produkty, które nam tego dać nie mogą.
Czy luksusowy samochód sprawi mi radość czy jego cena ma podnieść moje poczucie własnej wartości?
Czy wymarzony domek da mi przestrzeń na to, co lubię robić czy ma sprawić, żeby moja rodzina zaczęła funkcjonować bezproblemowo, jak w filmach?
Czy podróże zaspokoją moją ciekawość świata czy chcę dorównać innym, wygrać w rywalizacji?
Czy bliskość fizyczna kupowana za pieniądze przyniesie komuś poczucie bycia kochanym?
Czy opłacone zwycięstwo w jakiejś konkurencji da komuś poczucie spełnienia?
Czy kupienie sobie władzy zwiększy czyjś szacunek do siebie?
Czy kupienie dyplomu lub sławy sprawi, że ten ktoś zacznie się doceniać?
Warto sobie zadawać pytania, czy to, czego chcemy, pochodzi z potrzeby samorealizacji, z miłości do siebie, czy z lęku przed utratą wizerunku i miłości innych; czy to, co nami kieruje, pochodzi z wewnątrz (potrzeb prawdziwego ja) czy z zewnątrz (potrzeb ego).
Jeśli podświadomie spełniamy oczekiwania innych, tworząc wizerunek, który ma ich oszukać, i fabrykując dowody na coś, w co nie potrafimy uwierzyć, to jesteśmy zewnątrzsterowni. Nieważne ile na to wydamy pieniędzy, ile poświęcimy czasu i wysiłku – nie ma to mocy uszczęśliwienia kogokolwiek.
Jeśli dojrzeliśmy do tego, żeby sięgać po własne marzenia, to stajemy się wewnątrzsterowni, w kontakcie ze swoją duszą; skupiamy się na znajdowaniu miłości w sobie, tworzeniu swojego świata z tego, co nas cieszy, co nas wspiera i wzmacnia. Każde pieniądze, czas i wysiłek skierowany w tę stronę odpłaca się rosnącym poczuciem szczęścia.
Streszczenie: pieniądze szczęścia nie dają, jeśli szukamy szczęścia w niewłaściwym miejscu – ale to nie wina pieniędzy. Jeśli wiemy, czego chcemy, spójnie wszystkimi częściami siebie, bez lękowych blokad, pieniądze i szczęście jak najbardziej idą w parze jako energia obfitości.
PS Dostaję też maile z propozycją, że AI napisze za mnie teksty na bloga, nawet codziennie, więc… Nie znacie dnia ani godziny… 😀