Myślenie kolektywne to sposób myślenia o sobie w kontekście innych ludzi, bazujący na empatii, wynikający z poczucia jedności i łączności z innymi. Teoretycznie oznacza to, że traktujemy innych na równi ze sobą, każdego człowieka jak swoje drugie ja. Praktycznie wyraża się to w tym, że np. nie zajmujemy sobą kilku miejsc w transporcie publicznym, sprzątamy po sobie, uwzględniamy potrzeby innych przy robieniu własnych planów, dbamy o higienę czy nie zaczynamy odkurzać po 22.00 mieszkając w bloku – mówiąc w skrócie staramy się, żeby nasza osobista przestrzeń nie zakłócała ani nie rujnowała cudzej. Coraz o to trudniej; uczestnicząc w wydarzeniach publicznych sama czasem dotkliwie tego doświadczam: nie mogę znaleźć miejsca do zaparkowania, bo kilka osób zaparkowało skosem, uniemożliwiając skorzystanie z miejsca obok siebie, albo słucham koncertu w chmurze czyichś drażniących intensywnością perfum. (Notabene jedna pani tak się wyperfumowała, że W LESIE tworzyła wokół siebie nieznośnie intensywny zapach na kilka metrów, nie przesadzam, sama byłam zdumiona jak to w ogóle możliwe). O toaletach już nie wspomnę. Nasuwa się pytanie – dlaczego tak jest? Żeby na nie odpowiedzieć, trzeba się cofnąć do początków formowania się (lub nie) myślenia kolektywnego.
Umysłu uczymy się używać stopniowo wraz z wiekiem, doświadczeniem, samorozwojem. Czucie towarzyszy nam od samego początku. Reakcje naszych opiekunów na to, jak wyrażamy swoje czucie, programuje nasz umysł, naszą pierwszą tożsamość.
Jeśli rodzice pozwalają dziecku na wyrażanie swoich emocji bez ograniczeń, akceptując przekraczanie cudzych granic i krzywdzenie (obrażanie, wyzwiska, gryzienie, bicie, kopanie itp.), to powodują, że umysł dziecka skleja emocje z potrzebami w jedno. Dziecko uczy się, że wyrażenie emocji oznacza zmuszenie drugiej osoby do takiego działania, które zmieni jego stan emocjonalny. Nie uczy się samodzielnej regulacji emocji, nie uczy się też odróżniania emocji od rzeczywistych potrzeb. W konsekwencji uzależnia się od emocjonalnego wsparcia i aprobaty innych, a dodatkowo pogrąża się w poczuciu krzywdy, ponieważ każda jego niezaopiekowana emocja jest odczuwana jak niezaspokojona potrzeba (np. chęć grania na komputerze przez całą noc pod wpływem emocji generowanej przez wygrywanie). W tych warunkach, przy braku uczenia się dystansu do swoich emocji, nie może wykształcić się empatia; samoistnie natomiast trenuje się manipulacja: umysł uczy się scenariuszy jak skutecznie wpłynąć na innych, żeby dostać od nich to, czego się chce. Myślenie kolektywne nie rozwija się, bo umysł jest skupiony na ja, na nieustannych emocjach branych za potrzeby i na poszukiwaniu ofiar, które mają te „potrzeby” zaspokoić (bądź stać się winnymi ich niezaspokojenia).
Nie oznacza to, że rodzice nie powinni pozwalać dziecku na ekspresję emocji. W takim przypadku dziecko co prawda uczy się dystansu do nich, a co za tym idzie, empatii i myślenia kolektywnego, ale z lęku, z ominięciem siebie. Oznacza to, że będzie sprzątać po innych, ustępować własne miejsce w tramwaju silniejszym od siebie, parkować kilometry od celu, żeby nie zabierać innym przestrzeni, robić przysługi i prezenty tym, którzy nigdy się nie odwzajemniają, innymi słowy – będzie wspierać tych, którzy przekraczają cudze granice.
Jak zawsze chodzi o umiar, o równowagę. Należy pozwolić dziecku wyrażać siebie, ale kontekście innych, bez naruszania ich granic – to nauczy je dystansu, widzenia siebie i innych. Trzeba uczyć dziecko odróżniania chwilowych emocji od rzeczywistych potrzeb i pokazywać sens zachowań społecznych. Teoretycznie tyle wystarczy.
Jest tylko jedno ale – zachowania wbrew własnym przekonaniom nie działają, przynajmniej długoterminowo. Jeśli na poziomie duchowym nie wierzymy w równość i partnerstwo, to nie upilnujemy zachowania na tyle, żeby ono to stworzyło. Jeśli wierzymy w to, czego nas nauczyło nasze doświadczenie – w dominację i podporzadkowanie, w lepszych i gorszych, w rywalizację, w wartość wygrywania i bycia górą – to właśnie tego nauczymy swoje dzieci. A one nam to wyświetlą w postaci braku empatii i myślenia kolektywnego, w postaci rzeczywistości, w której każdy myśli tylko o zaspokajaniu własnych potrzeb i zachcianek, bez względu na materialne i emocjonalne koszty, jakie ponoszą z tego tytułu inni.
Czy w to wierzymy czy nie, czy tego chcemy czy nie, wszyscy jesteśmy w jednym polu energetycznym. Cokolwiek robimy innym, robimy w konsekwencji sobie. Cokolwiek robimy sobie, robimy innym.