W naszej rzeczywistości wyjątkowo cenimy jedną część człowieka: intelekt.
Nie można zaprzeczyć, że intelekt jest potrzebny do świadomego zarządzania swoim życiem i rozwojem. Problem w tym, że intelekt rozwijany kosztem innych sfer staje się naszym wrogiem; aby był naszym wsparciem, musi grać w drużynie, współpracować z resztą obszarów naszego ja. Taki harmonijny rozwój jednak bardzo łatwo ulega zakłóceniu ze względu na specyfikę poszczególnych sfer.
Fizycznie dziecko właściwie rozwija się samo według naturalnego planu; emocjonalnie wpływamy na dziecko nieświadomie, co zazwyczaj przynosi opiekunom sporo wyzwań i co najmniej mieszanych uczuć; rozwój duchowy (nomen omen) pozostaje najczęściej niezauważany i nienazywany; za to rozwój intelektualny to prawdziwe eldorado dla rodziców chcących poczuć dumę z udanego potomka. Można nauczyć małe dziecko rozpoznawać kolory, litery czy marki samochodów; można wyuczyć je stolic państw czy nazw egzotycznych zwierząt albo posługiwania się telefonem, tabletem czy laptopem, możliwości są ogromne, dziecko chłonie wszystko jak gąbka.
Jeszcze raz podkreślam – nie chcę przez to powiedzieć, że rozwijanie intelektu to coś niewłaściwego. Chcę powiedzieć, że nadmierny rozwój intelektu względem innych obszarów niesie ze sobą daleko idące konsekwencje.
Najważniejszą z nich jest to, że dziecko, które doświadcza uwagi, zachwytu i podziwu dorosłych ze względu na swoje osiągnięcia intelektualne, utożsamia się z tą częścią siebie, porzucając pozostałe, które nie otrzymują takich „głasków”. Uczy się zasługiwać na miłość będąc „mądrym”. Każde niepowodzenie intelektualne nie będzie odtąd zwykłą pomyłką, tylko tragedią (bo w jego odczuciu stawką jest utrata miłości), każda niewiedza czy wątpliwość będzie wzbudzać paniczny lęk przed odrzuceniem. Szkoda będzie czasu na rozwijanie fizyczności, a emocje próbujące ostrzec przed tym fałszywym przekonaniem o miłości zostaną uznane za wroga, którego trzeba pokonać za wszelką cenę. Efektem będzie chorobliwa ambicja i stały wewnętrzny konflikt, generujący nieustające negatywne emocje, próbujące przebić się do świadomości z informacją o zapisanym w umyśle błędzie.
Kolejną konsekwencją jest to, że intelekt to komputer przetwarzający dane, więc jeśli brakuje danych z części emocjonalnej, komputer nie działa właściwie, nie przynosi też spodziewanej kontroli nad akceptacją innych ludzi. Bycie intelektualnie „mądrym” nie zawiera w sobie rozumienia innych ludzi, ich emocji. Cierpią na tym relacje i rozwój społeczny, a więc i samopoczucie. Coś, co miało kontrolować miłość, teraz nam ją odbiera.
Co więcej – ten intelektualny komputer ma swoją wewnętrzną logikę, opiera się na dwóch głównych procesach: ocenianiu i porównywaniu. Biały czy czarny? Dobry czy zły? Lepszy czy gorszy? Komputer oznacza i segreguje, ale wycinając emocjonalny kontekst zwyczajnie się zapętla. Jeśli ta marka samochodu jest najlepsza, to dlaczego nie jestem ze swojego auta zadowolony? Skoro róże to najlepsze kwiaty, to dlaczego mi się nie podobają? Jeśli ta dieta jest najzdrowsza, to dlaczego mam mdłości na sam jej widok? Bez danych o tym, kim jestem, co lubię, czego potrzebuję – jak czuję – przynoszonych przez emocje mamy w głowie tylko mało użyteczne encyklopedie i dane statystyczne.
I finalna konsekwencja – im silniejsza jest przewaga intelektu nad pozostałymi częściami siebie, tym częściej posługujemy się językiem intelektu. Mówimy na przykład:„masz ładne buty”. To oceniający komunikat z poziomu umysłu. Z poziomu emocji brzmiałby: „podobają mi się Twoje buty”. Język intelektu jest tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze, że wręcz trudno powiedzieć to inaczej – kiedy dziecko pokazuje nam swój rysunek, co mówimy? „Jaki ładny rysunek zrobiłeś”, „pięknie narysowałaś”, „super ci to wyszło”. Wierzymy, że im bardziej pochwalimy dziecko (ocenimy pozytywnie), tym lepiej będzie o sobie myśleć. Niestety to tak nie działa, każda ocena, i ta negatywna, krytyczna, i ta pozytywna, tworzą to samo: uzależniają od zewnętrznego potwierdzania swojej wartości i uczą oceniać. Dziecko porównuje swój rysunek z rysunkiem starszego brata, albo ilustracją w książce i zaczyna się złościć – bo nie wie, czy jest oszukiwane, czy „eksperci” są do niczego. Wystarczy jednak zamienić ocenę na wyrażenie swojej opinii (np. „podoba mi się jak narysowałeś tatę, tyle szczegółów zauważyłeś w jego ubraniu”, „jestem zaskoczona, że udało ci się narysować takie równe kółka”, „podobają mi się kolory, których użyłaś”), a dziecko dostaje prawdziwą informację – że ktoś widzi to tak, a ktoś inaczej; że jeden zwraca uwagę na szczegóły, a drugi na kolory; że jego rysunek niej jest ładny albo brzydki, tylko komuś się podoba, a komuś innemu nie; że nie jest dobrym lub złym rysownikiem, tylko czasem mu coś wychodzi, a czasem nie, jak każdemu.
Im silnej identyfikujemy się z umysłem, tym bardziej kategorycznie i oceniająco traktujemy innych. Mówimy na przykład, że ktoś jest „nienormalny”, bo zareagował żartem na wiadomość o poważnym wypadku. Gdybyśmy wiedzieli, że tak reaguje automatycznie w każdej trudnej, poważnej czy niepewnej sytuacji, bo jako dziecko rozśmieszając dorosłych unikał ich gniewu („zachowywał ich miłość”), czy nadal to słowo przyszłoby nam na myśl, „nienormalny”? Zrozumienie nie oznacza wcale akceptacji czyjegoś zachowania, wręcz przeciwnie – pomaga znaleźć taką reakcję, która pomoże tej osobie uświadomić sobie potrzebę zmiany. Oceniająca krytyka tego nie sprawi.
Ocenianie i porównywanie bez kontekstu emocjonalnego krzywdzi. Nauczeni przez swoich rodziców oceniającego języka umysłu, stosujemy go wobec własnych dzieci, a one potem przekazują to swoim dzieciom. I tak wszyscy żyjemy w rzeczywistości tworzonej przez intelekt, nieustannie oceniani i porównywani, w wyścigu kto będzie miał lepiej i więcej, choć w żaden sposób nie przekłada się to na nasze dobre samopoczucie. Bo czujemy się dobrze wtedy, kiedy wybieramy dla siebie to, co lubimy, co nam pasuje i smakuje, co poprawia nam nastrój i uszczęśliwia; nie wtedy, kiedy męczymy się w czymś czy z czymś, żeby zaimponować innym albo wzbudzić ich zazdrość, żeby otrzymać właściwą etykietkę, właściwą ocenę, czyjaś aprobatę.
Intelekt, który silnie dominuje nad innymi sferami, staje się wrogiem naszego dobrego samopoczucia, obraca się przeciwko nam i tym, z którymi wchodzimy w relacje – oceniając, porównując, kategoryzując, segregując nie tylko dane i rzeczy, ale również tak samo przedmiotowo traktując ludzi. W krańcowym przypadku intelekt odizolowany od pozostałych sfer tworzy osobowość psychopatyczną.
Intelekt, który wspiera inne sfery i pozostaje z nimi w równowadze, staje się najlepszym przyjacielem naszego dobrego samopoczucia, wspierając nas w rozumieniu siebie i innych ludzi, w budowaniu satysfakcjonujących relacji i podejmowaniu właściwych wyborów życiowych. Intelekt w harmonii z pozostałymi sferami tworzy osobowość empatyczną – zarazem wrażliwą i stanowczą, rozumiejącą i konsekwentną.