BŁĘDY W OPROGRAMOWANIU

Gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego tak często relacje międzyludzkie nie działają, przynoszą więcej kosztów niż zysków czyli więcej negatywnych emocji niż pozytywnych, powiedziałabym, że winne są dwa podstawowe błędy w „oprogramowaniu”, które dostajemy w dzieciństwie od swoich opiekunów. 

Mam na myśli dwa fałszywe skojarzenia z miłością, które powstają w pierwszych latach życia i sprowadzają nas na manowce.

Pierwsze z nich to przekonanie, że miłość wymaga cierpienia. Tworzy się wtedy, kiedy dziecko zauważa, że nie jest akceptowane, kiedy wyraża swoje emocje i potrzeby, za to może liczyć na rodzicielską przychylność, kiedy spełnia oczekiwania dorosłych wbrew temu, co czuje i czego pragnie. W naturalnie logiczny sposób dochodzi do wniosku, że żeby być kochanym, musi poświęcić siebie; żeby być kochanym, musi cierpieć. 

Taki zapis powoduje, że w dorosłym życiu przede wszystkim staramy się dostosować do innych, zadowolić ich, uszczęśliwić, zyskać ich życzliwość – jak wcześniej rodziców. Cierpienie nas nie zatrzymuje ani nie ostrzega, niesie nadzieję na bycie kochanym. Zapominamy o sobie lub wyrzekamy się siebie z nadzieją, że to przyniesie nam akceptację, miłość, szczęście. 

Drugi błąd w oprogramowaniu umysłu to przekonanie, że miłość przychodzi z zewnątrz, według własnego i niezrozumiałego widzimisię: może przyjść i może odejść. w każdej chwili. Tworzy się wtedy, kiedy dziecko dostaje bezgraniczne pozwolenie na wyrażanie siebie, ale nie wymaga się od niego wzajemności, poszanowania emocji, potrzeb i granic rodziców. W takich warunkach umysł dziecka zapisuje przekonanie, że miłość pochodzi wyłącznie od innych, co oznacza uzależnienie od nich, zdanie się na ich łaskę.

Taki zapis powoduje, że w dorosłym życiu stajemy się bezradni emocjonalnie i skupiamy się na szukaniu tych, którzy zaspokoją nasze potrzeby i będą regulować nasze emocje – jak wcześniej rodzice. Traktujemy innych jak przedmiotowych dostawców deficytowego towaru z nadzieją, że im więcej ich będzie, tym będziemy szczęśliwsi.

Rzecz jasna ani poświęcanie się, ani lękowe strategie zdobywania głasków od innych kosztem własnej godności nie uszczęśliwiają, bo nie są miłością, są jej zaprzeczeniem. Relacje nie działają, bo jedni widzą tylko potrzeby i emocje innych, drudzy – tylko własne. To nie znaczy, że jedni są dobrzy, a drudzy źli. To znaczy, że jedni i drudzy cierpią, że i jednym, i drugim brakuje kawałka definicji miłości, który czyni ją prawdziwą i sprawia, że relacje uszczęśliwiają.

Jedni nauczyli się używać cudzego języka zanim poznali własny, drudzy wymagają komunikacji w swoim dialekcie, bo innego nie rozumieją. Jedni głównie wytwarzają, sami pozostając na głodowych dawkach, inni głównie konsumują, wytwarzając tylko tyle, tylko tak i tylko wtedy, kiedy im wygodnie; oszczędzając siły, żeby móc przetrwać potencjalny głód, którego tak bardzo się obawiają. Jedni znają przepis, drudzy znają smak. Jedni siebie nie widzą, drudzy sobą gardzą. Jedni i drudzy potrzebują zmiany oprogramowania, usunięcia błędnych zapisów, zmiany definicji miłości.

Poświęcanie się i cierpienie nie prowadzi do miłości, prowadzi do wyczerpania i osamotnienia. Miłość to bycie autentycznym sobą na równi z innymi, opiekowanie się swoim czuciem i swoimi potrzebami, chronienie swoich granic, wyrażanie siebie bez lęku, bez stawiania innych przed sobą.

Miłość to nie towar, który uzależnia nas od jego dostawców. Miłość polega na wytwarzaniu tego towaru samemu, żeby móc dzielić się nim z innymi. Miłość to nie strategie, jak zdobyć przychylność dostawców. Miłość to empatia, to umiejętność zobaczenia drugiego człowieka z jego potrzebami i emocjami, bez lekceważenia, bez przypisywania mu własnych.

Pozornie te dwa błędne oprogramowania się uzupełniają, bo wszyscy kontynuują to, co znają ze swojego dzieciństwa, odtwarzają swój standard, więc czują się „jak w domu” . W rzeczywistości prowadzi to do realizacji własnych lęków, przywołania stanu emocjonalnego z najwcześniejszych lat, którego tak bardzo chcieliśmy uniknąć: jedni ulegają wyczerpaniu i poczuciu osamotnienia, drudzy poczuciu bezradności i porzucenia. 

Patrząc na to symbolicznie: relacja z rodzicami czy opiekunami jest wzorcem dla naszej relacji z siłą wyższą. Jeśli wymagano od nas zbyt wiele i nie czuliśmy się rozumiani, nasz Bóg też nas nie widzi i nie wspiera, bo tego podświadomie od niego oczekujemy. Jeśli dostaliśmy rodzicielską uwagę i wsparcie, ale nie zawsze i kosztem innych, nasz Bóg jest szczodry, ale humorzasty i nieprzewidywalny – bo tego podświadomie od niego oczekujemy. 

Relacje z innymi, siła wyższa, życie, los – wszystko opiera się na pierwszych zapisach umysłu, bo wszystko, choć nieświadomie, tworzymy sami sobą, mocą duszy przez filtry swojego oprogramowania. Utożsamiając się z tymi filtrami, tworzymy scenariusze naszych lęków. Utożsamiając się z duszą, uzyskujemy moc tworzenia bez lękowych ograniczeń, moc tworzenia miłości i szczęścia. Cierpienie zmusza nas do refleksji, ale o zmianie decyduje odpowiedź na jedno pytanie: kim jestem? To pytanie o wartości, które sprawiają, że czujemy się ze sobą dobrze. Wartości to przewodnicy, którzy otwierają te drzwi, które wskażemy. 

Nie jesteś swoją historią; jesteś tym, kim wybierasz być. Jeśli wybierasz to, co pomaga Ci kochać siebie, wybierasz Boga, który Cię kocha i zsyła Ci to, czego potrzebujesz do szczęścia.