DWOJE OCZU EMPATII

Ostatnio często trafiam na publikacje psychologiczne, które demonizują niezaspokojone potrzeby dzieci jako przyczynę wszystkich późniejszych nieszczęść i porażek w ich dorosłym życiu. Tezą tych artykułów jest, że jeśli rodzic jest zawsze do dyspozycji dziecka i zaspokaja wszystkie jego potrzeby, to dziecko wyrasta na zdrowego emocjonalnie i silnego dorosłego, który nie ma problemów w relacjach z innymi. Zupełnie nie obserwuję takiej zależności. W pełni zgadzam się z tym, że zaspokajanie potrzeb dziecka jest bardzo ważne dla jego rozwoju, i że im dziecko jest młodsze, tym bardziej za ich zaspokojenie odpowiadają rodzice (w liczbie mnogiej). Nie zgadzam się natomiast z tym, że im bardziej rodzic poświęca swoje potrzeby dla dziecka, tym lepiej, bo brzmi to dla mnie równie odczłowieczająco jak odmawianie praw dzieciom. I rodzic, i dziecko mają swoje emocje i potrzeby, i cała sztuka wychowania polega na tym, żeby te emocje i potrzeby po obu stronach były uwzględniane i szanowane, proporcjonalnie do możliwości dziecka i zasobów rodziny. A to oznacza, że wraz z rozwojem dziecka wzrastają wymagania dorosłych wobec niego, aby samo przejmowało zarządzanie swoimi emocjami i potrzebami oraz żeby zauważało i uwzględniało potrzeby i emocje innych ludzi. Zarówno przedmiotowe traktowanie dzieci, jak i rodziców jest dla mnie wyrazem braku empatii. A to właśnie empatię uważam za kluczowe narzędzie w tworzeniu dobrego samopoczucia i zdrowych, głębokich, satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi.

Zacznijmy od tego, że empatia nie jest tym samym co wrażliwość (np. na cudzą krzywdę, nieszczęście), choć często bierzemy jedno za drugie. Wrażliwość oznacza naszą podatność na bodźce emocjonalne, jest CECHĄ naszej emocjonalności, informacją emocjonalną. Empatia to widzenie jednym okiem siebie, a drugim partnera relacji i jest wytrenowaną UMIEJĘTNOŚCIĄ widzenia i traktowania cudzych emocji i potrzeb na równi z własnymi. Wrażliwość jest potrzebna do nabycia empatii, więc każdy człowiek empatyczny jest wrażliwy; nie działa to jednak w drugą stronę: bycie wrażliwym nie gwarantuje wcale empatii. Może natomiast powodować zachowania, które bierzemy za pochodzące z empatii, choć są jedynie wyuczonymi scenariuszami umysłu opartymi na manipulacji („mów miłe rzeczy, żeby uzyskać przychylność dla siebie”, „pytaj o samopoczucie, żeby ktoś zapytał o twoje”, „udawaj zainteresowanie, żeby zdobyć potrzebne informacje”, „zachowuj się z kulturą, żeby wyglądało na szacunek” itp.).

Empatia wykształca się (albo nie) razem z naszymi wzorcami i schematami reagowania w pierwszych latach naszego życia. To wtedy umysł małego dziecka rejestruje i zapisuje swoją subiektywną prawdę: czy jego potrzeby i emocje są ważniejsze, równie ważne czy mniej ważne niż innych ludzi. 

Jeśli rodzice są całkowicie skupieni na dziecku i nie okazują własnych emocji ani potrzeb, dziecko dochodzi do wniosku, że tylko ono ma emocje i potrzeby, a inni ludzie istnieją po to, aby je zaspokajać – empatia nie ma w tym przypadku warunków do rozwoju, nie wykształca się. W jej miejsce pojawia się za to emocjonalne uzależnienie od innych ludzi jako regulatorów emocji i zaspokajaczy potrzeb. Wrażliwość na swoje czucie wzrasta, na cudze – maleje, nawet do zera.

Jeśli z kolei rodzice są skupieni na sobie, manifestują swoje emocje i stawiają własne potrzeby na pierwszym miejscu, dziecko uznaje, że taki jest porządek rzeczy: ono nie jest ważne, ważne jest to, co czują i czego potrzebują inni. W tym przypadku empatia się rozwija, ale w wypaczonej formie, z pominięciem siebie. Wrażliwość na innych mocno się rozwija, wrażliwość na swoje emocje i potrzeby zanika.

Jeśli rodzice mają przekonanie, że wszyscy jesteśmy równie ważni, i z szacunkiem podchodzą do emocji i potrzeb dziecka, nie ukrywając własnych, realizując także swoje – wtedy właśnie empatia rozwija się zdrowo.

Konsekwencje tych pierwszych zapisów są ogromne, choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, bo jakiekolwiek by nie były te nasze pierwsze przekonania, dla nas stają się one normą, standardem, po prostu prawdą. Dobieramy się w relacjach, tak, aby nasze zapisy pasowały, i obie strony (i ta, która daje z siebie dla relacji 80%, i ta, która daje z siebie 20%) jednakowo z pełnym przekonaniem przysięgną nawet przed sądem, że to jest pół na pół, że tak wygląda prawidłowy udział w tworzeniu relacji – bo tak mówi nasz bazowy zapis z tej pierwszej, najważniejszej relacji z naszymi opiekunami.

Ci, którzy są przekonani o pierwszeństwie własnych potrzeb, krzywdzą innych; ci, którzy są przekonani o pierwszeństwie cudzych emocji i potrzeb, krzywdzą siebie. W obu przypadkach czucie dostosowuje się do ustawienia umysłu: jedni nadmiarowo czują własne emocje i potrzeby, drudzy tak samo nadmiarowo czują cudze. Są to po prostu wzajemnie kompatybilne mechanizmy, najpierw ustalone w rodzinie generacyjnej, potem kopiowane w tworzonych związkach. To, co wydaje mi się decydujące o dalszym toku spraw, to właśnie empatia. Z moich obserwacji wynika, że choć niełatwo, ale można przenieść empatię z innych na siebie; nie znam jednak przypadku, żeby u dorosłego powstała tam, gdzie jej w dzieciństwie nie stworzono w żadnym obszarze.

Ludzie cierpią podobnie w każdym schemacie. Ci, których granice są stale przekraczane, którzy emocjonalnie rozdają siebie innym i pozwalają się wykorzystywać, zazwyczaj gdzieś w końcu poczują, że doszli do ściany – a że po tym, co przeszli czują się silni emocjonalnie i szukają odpowiedzialności za wszystko w sobie, więc mają narzędzie do zmiany; muszą go tylko użyć. Cierpienie jest ich motywacją do tego procesu, dlatego najczęściej się to udaje. Im bardziej zbliżają się do równości w relacjach, tym mają lepsze samopoczucie, odczuwają ulgę, wzrasta ich energia i poczucie własnej wartości, godności – te drogowskazy ich prowadzą, aż zaczną używać empatii w stosunku do siebie tak samo jak zwykli to robić wobec innych.

Ci, którzy nawykowo przekraczają cudze granice i wymagają od innych bezwarunkowego wsparcia emocjonalnego i zaspokajania swoich oczekiwań też dochodzą do ściany, ale od drugiej strony. Ta sama ściana, która dla jednych znaczy złamanie ich schematu („już nie mogę więcej dać, to mój koniec”), dla drugich oznacza podkręcenie ich schematu („tu już nie ma nic więcej dla mnie, muszę uzupełnić zapasy gdzie indziej”). Cierpimy wszyscy podobnie, bo dziecięcy lęk przed utratą miłości ukryty pod każdym schematem dręczy jednakowo, ale w tym drugim przypadku zapisy umysłu mówią, że winni są na zewnątrz, i to oni powinni się zmienić. Niewytrenowany wgląd i obniżony samokrytycyzm dodatkowo blokują wzięcie odpowiedzialności za siebie. Perspektywa wyznaczana przez czucie skierowane tylko na siebie staje się bezwzględnym kryterium: kiedy takie osoby czują pozytywne emocje, to zakładają, że inni czują to samo, mimo że właśnie im coś zabrali; kiedy czują negatywne emocje, to winni są inni, bo przecież oni wyraźnie czują swoją krzywdę. Ten brak dystansu do swoich emocji odczuwany jako słabość emocjonalna zatapia ich w poczuciu pokrzywdzenia. Jeśli coś dostają, czują się skrzywdzeni, bo pół na pół oznacza dla ich schematu dawkę głodową, poniżej standardu; jeśli dostają więcej, chcą jeszcze jeszcze więcej; jeśli dostają mniej, szukają dodatkowego źródła zasilania. Jeśli nic nie dostają, czują się porzuceni na pastwę losu jak kilkulatek zostawiony w środku ciemnego lasu. Cierpią, ale ich ból nie popycha ich ku rozwiązaniu, a ku autodestrukcji. Brak empatii, brak drugiej perspektywy nie pozwala na zobaczenie obiektywnej prawdy, znalezienie wyjścia ze swojego schematu ku równowadze.

Dlatego uważam, że to nie optymalne warunki tworzą zdrowych ludzi (tak jak szklarnia nie tworzy wytrzymałych, radzących sobie w zmiennych warunkach roślin), a rozwijanie empatii. To ona jest kluczowym elementem do dobrego samopoczucia i tworzenia partnerskich relacji, bo dzięki niej stawiamy znak równości między sobą a innymi. Jeśli tego znaku równości nie ma, obojętnie w którą stronę, to znaczy, że jesteśmy w niewoli swoich dziecięcych schematów i stosujemy podwójne standardy, co rodzi negatywne emocje. A te, niezrozumiane, nie odchodzą nigdy. Nie za karę bynajmniej – to dusza językiem czucia próbuje naprowadzić nas na prawdę, że wszyscy jesteśmy jedną całością: cokolwiek robimy innym, robimy sobie; cokolwiek robimy sobie, wpływa na innych.