Nasze relacje z innymi rzadko bywają całkowicie satysfakcjonujące. Powód jest zasadniczo jeden: doświadczenie, z którego czerpiemy wiedzę o budowaniu relacji czy związku pochodzi z naszego dzieciństwa, z doświadczenia relacji dziecko – rodzic. Umysł automatycznie zapisuje w tym czasie dwa stany ego: „dziecka” (podporządkowanie, ustępowanie, wycofywanie się, ograniczanie siebie) i „rodzica” (dominowanie, presja, wymuszanie, pouczanie) – i przypisuje im odpowiednie wyzwalacze, tzn. kryteria, kiedy i jaki sygnał z zewnątrz powoduje uruchomienie któregoś z nich. Zgodnie więc z dziecięcym doświadczeniem nawet jako dorośli reagujemy na przykład lękiem i wycofaniem, kiedy ktoś podnosi na nas głos, ustępujemy wyczuwając presję, podporządkowujemy się w reakcji na czyjś autorytarny czy pouczający ton, działamy wbrew swoim potrzebom i emocjom próbując spełnić czyjeś oczekiwania. I odwrotnie: wyczuwając czyjeś podporządkowanie, zaczynamy dominować; zauważając czyjąś niepewność i wycofanie, bezwiednie przekraczamy granice tej osoby. Jeżeli jednak opiekunowie pozwalali nam „rządzić”, być „rodzicami”, to możemy w dorosłym życiu reagować na większość sygnałów z tej pozycji, czyli rywalizacyjnie lub opozycyjnie: presją na presję, wymuszaniem na sprzeciw, dominacją na cudze próby zdominowania, a nawet jedynie ustalenia granic. Większość związków zostaje utworzonych na tych automatyzmach i polega na nieświadomym wzajemnym uzupełnianiu się zachowań podporządkowanych i dominujących.
Mówiąc w skrócie – mamy niezaktualizowaną wiedzę na temat tworzenia dorosłych, partnerskich relacji. Nasze umysły znają role „dziecka” i „rodzica”, nie znają roli partnera. Do tego, aby się jej nauczyć, potrzebujemy wyjść z własnych schematów i zweryfikować swoje automatyczne reakcje, czyli użyć samoświadomości do przeprogramowania swojego ja.
Generalnie można powiedzieć, że dzieci socjalizowane (uczone podporządkowania się normom i zwyczajom społecznym) zbyt wcześnie, mają tendencję do tworzenia związków – relacji My – bez Ja, które nie zdążyło się rozwinąć, praktycznie zamiast niego. Dzieci socjalizowane zbyt słabo (wychowane w poczuciu wyższości swoich potrzeb i emocji wobec innych), mają z kolei tendencję do tworzenia My dla Ja, w służbie swojemu Ja. Te dwa typy ustawień umysłu przyciągają się energetycznie jak magnes. Tworzą relacje i związki zgodnie ze swoimi przekonaniami, na ich wzór – ale nie potrafią być w nich szczęśliwe, bo w rzeczywistości nie są przecież ani dzieckiem, ani rodzicem swojego partnera.
Nasuwa się pytanie: jak więc z takim bagażem stworzyć prawdziwe, głębokie, satysfakcjonujące partnerstwo? Recepta na to jest prosta (co nie znaczy łatwa…) – najpierw należy stworzyć siebie jako potencjalnego partnera, czyli pozbyć się „nierówności” w widzeniu siebie względem innych. Przy czym próby zrobienia tego z poziomu zachowania (będę robić więcej tego, mniej tamtego) nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Intelekt (scenariusze umysłu „jak powinno być”) w oderwaniu od duchowości (kim jestem z natury, kim się czuję w kontekście innych ludzi) nie potrafi stworzyć partnerstwa, bo go nie zna. Innymi słowy, wbrew pozorom to nie samo nasze zachowanie tworzy relację, a coś, co je kształtuje – nasze przekonania o sobie i innych. To one tworzą potrzeby i emocje, które sterują naszym zachowaniem, kiedy świadomie tym nie zarządzamy, kiedy odpuszczamy intelektualną kontrolę.
Te przekonania mogą dotyczyć każdego obszaru siebie. Mogą być zniekształcone w dwojaki sposób: na skutek dziecięcego zranienia możemy w jakiejś sferze czuć się słabi, nadwrażliwi, niewystarczający lub w odpowiedzi na nadmierną rodzicielską stymulację w jakiejś sferze możemy bezkrytycznie czuć się pewni siebie. Zazwyczaj zresztą jedno jest kompensacją drugiego – tworzymy silną stronę, aby „wyrównać” coś innego, co w opinii opiekunów było w nas słabością. Jeśli jakaś część nas została zraniona lub jest kompensacją zranienia, nie mamy w tym miejscu zdrowego kontaktu ze sobą. Tam, gdzie nie tworzymy zdrowej relacji ze sobą samym, nie jesteśmy w stanie stworzyć naturalnej bliskości z drugim człowiekiem. Tam, gdzie nie jesteśmy lojalni wobec własnych emocji i potrzeb, inni nas okłamią, oszukają, wykorzystają czy zdradzą – po prostu wyświetlą na zewnątrz nas to, jak sami siebie traktujemy. Tam, gdzie nie jesteśmy lojalni wobec innych, testujemy ich granice – do skutku, do rozpadu relacji.
Zdrowy kontakt ze sobą (oparty na przekonaniu o równości własnych i cudzych potrzeb i emocji) pozwala na potencjalne tworzenie bliskości z drugim człowiekiem w każdej ze sfer. Wybranie kogoś na swojego partnera życiowego oznacza, że umiemy i chcemy tworzyć z tą osobą intymność – nie tylko fizyczną i intelektualną, ale także, a nawet przede wszystkim, emocjonalną i duchową. To sprawia, że powstaje relacja wyjątkowa, głęboka i nierozerwalna. Nierozerwalna, bo samoładująca się jak perpetuum mobile. Dlaczego dla większości ludzi brzmi to jak bajka?
Po pierwsze, często wierzymy w mit skompletowania nas przez inną osobę, czyli w to, że nie musimy czegoś wykształcić w sobie, że może nam to ktoś dać. Nie pracując nad tym, żeby poczuć się ok od środka, skupiamy się na szukaniu zapewnienia od innych, że jesteśmy ok. Używamy swojej wytrenowanej strony, żeby kupić sobie głaski dla tego, w co w sobie wątpimy. Ten handel działa jak narkotyczne fajerwerki – doświadczamy gwałtownych uczuć, które szybko gasną, i znowu pogrążamy się w ciemności tworzonej przez dziecięce zranienie. Prawdziwa intymność emocjonalna daje stałe światło, ale nie można jej dostać od innych zanim nie stworzy się jej w sobie. Nie rozumiejąc tego, w poszukiwaniu jasności wpadamy w uzależnienie od fajerwerków.
Po drugie, traktujemy emocje jak doradców, a nie jak informatorów. W rzeczywistości przynoszą one informację dla umysłu, którą powinniśmy odczytać i świadomie podjąć decyzję, czy pójść za nimi (bo pilnują naszego obopólnego dobrostanu), czy im się przeciwstawić (bo przeprogramowane w dzieciństwie prowadzą nas na manowce, każąc nam „grać” lepszych lub gorszych od innych). Kierowanie się emocjami jest jak rozmawianie z człowiekiem, który raz mówi prawdę, a raz kłamie – trudno o ustalenie czegokolwiek, pogrążamy się jedynie w chaosie.
Po trzecie, tworzenie związku partnerskiego wymaga myślenia „kolektywnego”, myślenia o sobie w kontekście innych ludzi – używania jednocześnie własnej i cudzej perspektywy. Zazwyczaj jesteśmy trenowani w posługiwaniu się zdecydowanie bardziej jedną z nich. Niektórzy żyją skupieni na sobie tak, jakby byli jedynym aktorem na scenie: inni ludzi są im potrzebni jako widownia okazująca aplauz albo jako służby dostarczające to, co potrzebne do występu. Realizują swoje solowe scenariusze, oczekując od innych bezwarunkowego wsparcia, zrozumienia, uznania, a najlepiej podziwu. Wierzą, że kiedy oni uszczęśliwiają siebie, inni czują się szczęśliwi dla nich, i to im wystarcza. Drudzy żyją w służbie, patrząc na świat cudzymi oczami – opiekują się, dbają i wyręczają; domyślają się cudzych potrzeb, żeby je zaspokoić zanim zostaną nazwane, odczytują cudze emocje, żeby właściwie zareagować i ich nie eskalować. Realizują cudze scenariusze, mając nadzieję na jakiś okruch docenienia. Wierzą, że kiedy uszczęśliwią innych, oni sami też poczują się trochę szczęśliwi.
Doświadczenia dziecięcych lat powodują, że rozwijamy znacznie silniej jedno „oko” – uczymy się widzieć siebie albo widzieć innych, a do partnerstwa, jak do właściwej oceny odległości, potrzebne jest dwoje zdrowych oczu, dwie równorzędne perspektywy.
Podsumowując:
- Jeśli tworzymy relacje z innymi z poziomu „dziecka” i „rodzica”, związek wydaje nam się polem bitwy wymagającym walki, kompromisów i poświęceń. Nie są one potrzebne, jeśli tworzymy relację z partnerskiego poziomu świadomości.
- Jeśli tworzymy związek ukrywając swoje zranienia i kompensując to sobie przekraczaniem granic w innym obszarze, bycie z drugim człowiekiem staje się bardziej stresujące niż relaksujące, bardziej wyczerpujące niż ładujące. Nie musi takie być, jeśli energia płynie swobodnie, bez zakłóceń między dwoma osobami, jeśli tworzymy z kimś pełną intymność.
- Jeśli tworzymy relacje z oczekiwaniami, że ktoś będzie nas uzupełniał, „karmił”, to tworzymy uzależnienie, i tylko temu uzależnieniu pozostaniemy lojalni, nie sobie, a tym bardziej nie partnerowi. Zachowując wierność sobie, czyli temu, kim chce się być, przyciągamy do siebie takie same osoby, a związek staje się pozbawioną oczekiwań przyjemnością.
- Jeśli nie rozumiemy własnych emocji, nie potrafimy wpuścić innych do swojego świata przeżywania, nie potrafimy stworzyć intymności emocjonalnej z drugą osobą. Dwie dojrzałe emocjonalnie osoby mogą jednak stworzyć takie emocjonalne perpetuum mobile.
- Jeśli nie potrafimy zobaczyć własnych lub cudzych potrzeb i emocji, nie potrafimy stworzyć relacji opartej na równowadze. Dwie osoby posługujące się podwójną perspektywą stworzą taki związek automatycznie.
O tym, czy ludzie są szczęśliwi w związkach, decyduje ich poziom samoświadomości. Im jest on wyższy, tym mniejsza jest też szansa na rozpad takiej relacji, bo ktoś, kto jest lojalny wobec siebie na codzień, nie przyciąga nielojalnych partnerów (bo nie przymyka oczu na nielojalność); nie można kupić fajerwerkiem kogoś, kto siebie nie sprzedaje; ani oszukać kogoś, kto siebie nie oszukuje, kto widzi co jest i nazywa rzeczy po imieniu. Notabene sama zdrada nie jest też nigdy czysto fizyczna, najczęściej ma podłoże emocjonalnej wymiany lub kompensacji – ale zawsze mówi o nierówności traktowania siebie i innych, bo jest możliwa tylko wtedy, kiedy własne potrzeby i emocje stawia się ponad cudzymi, kiedy Ja > My. Jeśli więc każda cudza nieuczciwość wobec nas odbija nasze zdradzanie siebie w jakimś obszarze, to co się stanie, kiedy zaczniemy być sobie wierni?
To poziom świadomości siebie określa, jakie podejmujemy wybory – czy idziemy za swoimi schematami, bo ich nie widzimy, więc krzywdzimy siebie i innych, czy przeciwstawiamy się im kosztem swoich emocji w imię swoich wartości, w imię lojalności temu, kim jesteśmy, kim chcemy się czuć. Zaryzykowałabym twierdzenie, że czynnikiem decydującym w leczeniu myśli, emocji i ciała jest właśnie lojalność wobec swojego duchowego ja, co z kolei oznacza, że zdrowy kontakt ze swoją duchowością napędza wszystkie nasze życiowe zmiany na lepsze.
A kiedy w efekcie z samym czy samą sobą czujemy się wspaniale, a życiowy partner to uczucie podwaja jak odbicie w lustrze, po co mielibyśmy chcieć to zmieniać?
A co najlepsze, to nie bajka, to równanie matematyczne oparte na prawach fizyki kwantowej.