Chcemy być szczęśliwi. Emocja, która wskazuje nam drogę do szczęścia to radość. I choć emocje są chwilowe ze swojej natury (są sygnałem), to kiedy pojawiają się często, stają się stanem. Stan „przedłużonego” smutku staje się trwającym przygnębieniem, stan „przedłużonej” radości staje się poczuciem szczęścia. Problem w tym, że negatywne emocje lubią trwać (czekając cierpliwie na odczytanie informacji, jaką ze sobą niosą), a pozytywne zwykle są jak fajerwerki: pojawiają się i szybko gasną.
Mówiąc metaforycznie, żeby radość mogła zapuścić korzenie, trwać i rozwijać się, potrzebuje odpowiedniej gleby, przyjaznego środowiska. Paradoksalnie za te warunki odpowiada… gniew.
Gniew to emocja, która informuje nas o naruszeniu naszych granic, praw, terytorium. Pierwotnie chroni nasze prawdziwe ja, naszą prawdziwą tożsamość. Jednak w trakcie wychowania i socjalizacji, kiedy emocje wyrażające nasze prawdziwe ja nie otrzymują akceptacji opiekunów, albo przesuwamy granice ja na zewnątrz siebie, przyklejając do siebie kawałek rzeczywistości (tworząc wizerunek, maskę) albo przesuwamy granice ja do wewnątrz, oddając część swojego terytorium, rezygnując z kawałka swojej tożsamości.
W pierwszym przypadku zranione poczucie własnej wartości każe nam się podeprzeć innymi ludźmi lub rzeczami. Chcemy poczuć się lepsi, mając udane dzieci, drogi samochód czy wysoką pozycję społeczną. Uzależniamy się więc od dobrej oceny tego wszystkiego, co w naszym przekonaniu stanowi naszą wartość, jest przedłużeniem naszego ja. Gniew pojawia się wtedy na skutek tego, że ktoś zganił nasze dziecko, skrytykował samochód albo zlekceważył nasz status. Pod wpływem tej emocji walczymy jak lwy w obronie swojego dobrego imienia, raniąc uczucia innych, czyli powtarzając to, co nas zraniło i spowodowało powstanie ego, a przy okazji niszcząc relacje, na których nam zależy.
W drugim przypadku zranione poczucie własnej wartości każe nam przedefiniować siebie, ustąpić, żeby – jak na wojnie – uchronić cokolwiek, nie zginąć. Dziecko nie ma szans, aby obronić siebie przed silnymi, autorytarnymi dorosłymi, może jedynie wyłączyć alarm – stłumić gniew. Niewyrażany, stale duszony w zarodku gniew przestaje się pojawiać, co zyskuje powszechną aprobatę społeczną: w końcu każdy lubi osoby, które kontrolują emocje, nie wybuchają, są miłe, cierpliwe, ustępliwe. Są „łatwe w obsłudze”, nie trzeba się z nimi liczyć, nie trzeba się starać. Można je lekceważyć i nimi manipulować, bo wyparty gniew nie pilnuje ich granic, nie ostrzega. Mechanizm, który dziecku pomagał w przetrwaniu, dorosłemu to przetrwanie bardzo utrudnia.
Gniew broni granic naszego ja, przynosi informację o ich naruszeniu. Kiedy zamiast zrozumieć gniew, tłumimy go lub niekontrolowanie wyrażamy (naruszając cudze granice), zmieniamy ramy swojej tożsamości. Wierzymy, że jesteśmy kimś innym, i według tych danych próbujemy się uszczęśliwić. To tak, jakbyśmy wierzyli, że jesteśmy kurami i szukali dla siebie coraz lepszego ziarna. Zamiast radości (spełnienia) pojawia się rozczarowanie. Rozczarowanie to informacja, że efekt naszych założeń rozmija się z naszymi oczekiwaniami – że posadziliśmy ziemniaki, a oczekujemy tulipanów; że nasz umysł na autopilocie wyprowadził nas w pole zamiast doprowadzić do celu; że nasze przekonania na temat siebie i miłości nie tworzą szczęścia, tylko zwątpienie w szczęście.
Rozczarowanie to informacja, że nasz gniew – a tym samym i tożsamość – uległy deformacji. Jedni muszą ten gniew w sobie znaleźć i obudzić, drudzy nauczyć się go kontrolować, ale wszyscy musimy nauczyć się go słuchać, bo bez względu na to, w którą stronę zostały przesunięte granice naszego ja, ta zmiana blokuje zakorzenienie się radości w naszym życiu. Po prostu albo odmawiamy sobie tego, czego potrzebujemy, albo dajemy sobie nie to, czego naprawdę potrzebujemy – bo kiedy nasz gniew nie działa jak należy, nie wiemy kim jesteśmy i co nas uszczęśliwi. Mówiąc krótko: zepsuty gniew psuje radość.