BYĆ WAŻNYM

Jedną z wielu rzeczy, których uczymy się o sobie w pierwszych latach życia jest to, czy jesteśmy ważni czy nieważni, a precyzyjniej – czy jesteśmy bardziej czy mniej ważni od innych ludzi.

Jeśli rodzice czy opiekunowie okazują radość z naszego istnienia, chwalą się nami i traktują nas w uprzywilejowany sposób, nabywamy przekonania, że jesteśmy ważniejsi od innych. Bycie szczególnie ważnym skleja się w dziecięcym umyśle z byciem kochanym; dlatego jako dorośli podświadomie dążymy do uzyskania tego poczucia uprzywilejowania, wyróżnienia. Komplementy czy podziw innych są odczuwane jako zapamiętana forma rodzicielskiej miłości, choć w tym przypadku mogą pochodzić z zupełnie odwrotnej intencji, np. chęci zmanipulowania nas, uzyskania naszej przychylności dla siebie w jakimś celu. Dopóki jednak bycie kochanym oznacza dla nas bycie ważniejszym od innych, dopóty każdy, kto tak nas traktuje, dla naszej podświadomości będzie pożądanym dostawcą „miłości” (choć tak naprawdę jedynie substancji uzależniającej).

Jeśli rodzice czy opiekunowie są skupieni na sobie i nie zauważają naszych emocji i potrzeb w pierwszych latach naszego życia, nabywamy przekonania, że jesteśmy mniej ważni od innych. Żadna ilość aprobaty, doceniania czy szacunku otrzymywanego później nie jest w stanie tego zmienić. Automatycznie puszczamy innych przed sobą, dosłownie i metaforycznie – ponieważ „ja” może zaistnieć tylko wtedy, kiedy najpierw pojawi się ktoś inny. Tak jak ludzie „ważni” potrzebują „nieważnych” do zapewniania ich o swojej ważności, tak osoby „nieważne” potrzebują tych „ważnych” jako punktu orientacyjnego, żeby w ogóle być, ponieważ ich miejsce jest ZA nimi. Muszą najpierw zadbać o innych, żeby mogli zadbać o siebie. Nakarmić kogoś, żeby mogli sami coś zjeść; zadowolić kogoś, żeby bez wyrzutów sumienia móc się uśmiechnąć; odgadnąć i zaspokoić czyjeś potrzeby, żeby mieć prawo poczuć swoje własne.

Bez względu na to, czy potrzebujemy innych po to, żeby karmili nasze ego, czy po to, żebyśmy mieli prawo nakarmić po nich siebie, żyjemy we współuzależnieniu, kształtowanym przez fałszywe przekonanie, że jedni z nas są ważniejsi/mniej ważni od pozostałych.

Dlaczego bycie ważnym wprost lub pośrednio jest tak istotne? Bo za pomocą bycia ważnym lub dbania o ważnych próbujemy poczuć się kochani, choć działa to zupełnie na odwrót: kiedy czujemy się kochani, wtedy czujemy się ważni.

Nieliczni tworzą przekonanie o byciu na równi ważnym z wszystkimi innymi członkami rodziny w dziecięcym doświadczeniu, większość z nas musi przeprogramować swoje – skrzywione w którąś stronę – automatyczne zapisy umysłu. Potrzebne są do tego dwa kroki: uznanie swojej ważności bez porównywania się do innych, bez kontekstu, oraz przećwiczenie tego w relacjach („nawet jeśli nikt mnie nie wyróżnia, jestem ok” lub „nawet jeśli nie zadbam najpierw o innych, mam prawo czuć się ok”).

Szeroko rozumiana miłość nikogo nie wyklucza, nie umniejsza ani nie wyróżnia kosztem innych. Będąc w relacji na bazie takiej miłości automatycznie jesteśmy dla siebie ważni, z definicji; dbamy o siebie i innych z takim samym zaangażowaniem. Rywalizowanie o wyróżnienie oparte na dominacji, tak jak i zasługiwanie na uznanie oparte na podporządkowaniu nie są miłością, bo skupiają się tylko na jednej stronie, umniejszając, lekceważąc tę drugą. Taka relacja jest bardziej układem stworzonym przez pasujące do siebie automatyzmy – może ona funkcjonować długo, ale pochłania energię zamiast ją wytwarzać, dlatego w najlepszym przypadku przynosi mieszane uczucia. Prawdziwe partnerstwo przynosi radość – informację o tym, że działamy w równowadze, z miłości do siebie i innych.