FAŁSZYWE DROGOWSKAZY

Dziecko czuje się bezpieczne wtedy, kiedy ma oparcie w rodzicach – kiedy to oni decydują, wspierają i wyznaczają granice dla jego ciekawości poznawczej czy testowania swojej samodzielności, niezależności. Niemniej każde dziecko, jeśli mu na to pozwolić, będzie próbowało przejąć kontrolę, mieć ostatnie słowo, decydować, wejść w rolę rodzica. Często opiekunowie na to pozwalają pod wpływem emocji dziecka – czasem dla świętego spokoju, czasem z obawy, że dziecko nie poradzi sobie z przykrymi emocjami, czasem z powodu własnych negatywnych skojarzeń z rodzicielskim „nie”. Tylko że wtedy paradoksalnie dziecko traci oparcie i poczucie bezpieczeństwa, traci przewodnika po życiu, o którym nie ma przecież pojęcia. Może iść spać późno w nocy, ale rano czuje się niewyspane i rozdrażnione; może zjeść podwójne lody, ale potem boli je brzuch; może skutecznie szantażować rodziców, ale inni ludzie za takie samo zachowanie je odrzucają. Innymi słowy, dziecko dostaje władzę nie rozumiejąc konsekwencji swoich wyborów. Nic dziwnego, że jego poczucie bezpieczeństwa zostaje utracone. Nie tylko w dzieciństwie – jako dorosły nadal będzie przejawiać ten wyuczony histeryczny mechanizm kontroli: żyć w lęku, że musi trzymać w ręku wszystkie sznurki (kontrolować innych), bo inaczej nie dostanie tego, czego potrzebuje, albo zostanie oszukany. Jako że nie doświadczał i nie zrozumiał konsekwencji swoich wyborów, tak naprawdę nie wie, czego chce; próbuje wymuszać na innych zaspokojenie swoich potrzeb w trybie natychmiastowym, myląc je ze swoimi zmieniającymi się emocjami, więc w efekcie nic i nikt go nie zadowala.
Od swoich bliskich, a szczególnie zależnych od niego dzieci, wymaga całkowitego podporządkowania, czyli nadmiaru tego, czego zabrakło w jego dzieciństwie. To sprawia, że jego dziecko, próbując go zadowolić, sprostać tym niezrozumiałym rodzicielskim wymaganiom, również traci poczucie bezpieczeństwa, i również nie uczy się konsekwencji, z jedną różnicą: jego rodzica nadmiarowe poczucie kontroli zaprowadziło do nadaktywności i przekraczania cudzych granic, a odczuwany przez niego samego brak kontroli nad czymkolwiek kształtuje w nim bierność, podporządkowanie, tłumienie swoich emocji i potrzeb.

W ten sposób jedni wierzą w swoją moc sprawczą, ale nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą; szukają regulatora swoich emocji na zewnątrz siebie, próbując poczuć się dobrze poprzez kontrolowanie innych ludzi i paradoksalnie popadając w całkowitą od nich zależność; drudzy z kolei wiedzą, czego chcą (lub przynajmniej czego nie chcą), ale nie wierzą w swoją moc sprawczą, tracą nadzieję, że mogą stworzyć coś naprawdę zgodnego ze swoimi własnymi – a nie cudzymi – potrzebami i pragnieniami. Jedni chcą wszystkiego od wszystkich, żeby ominąć kwestię wglądu w siebie i samokontroli emocjonalnej, które de facto są jedyną nawigacją do dobrego samopoczucia. Drudzy próbują nie chcieć niczego od nikogo, żeby oszczędzić sobie zdominowania i nieuniknionych w swoim mniemaniu rozczarowań. Jedni biegają w kółko i głośno krzyczą, żeby inni o nich nie zapomnieli ani przez chwilę; drudzy stoją bez ruchu i słowa niczym wielkie słonie przywiązane do patyka, wierząc, że nie ma sensu próbować się uwolnić, skoro nie udawało się, kiedy były małe i przywiązane do drzewa. Jednymi rządzi podświadome „skoro nie umiesz mnie uszczęśliwić, skrzywdzę cię, musi być sprawiedliwość”, drugimi podświadome „skoro nie umiem cię uszczęśliwić, skrzywdzę siebie do towarzystwa, wyrównam ci to”.

Każde zapisane w umyśle przekonanie o byciu ważniejszym lub mniej ważnym od innych jest jak fałszywy drogowskaz na naszej drodze do szczęścia. To przekonanie decyduje, kogo do siebie przyciągamy: mało ważnych „żywicieli”, nad którymi mamy przewagę i możemy nimi „zarządzać” jak pionkami czy „szefów”, którzy bez pytania o nasze potrzeby i uczucia zarządzają naszym czasem i wysiłkiem. Ani jedni, ani drudzy nie są odpowiedni do tworzenia prawdziwie satysfakcjonujących relacji, do rozwijania bliskości i intymności – takiego rodzaju więzi, który uszczęśliwia i dodaje energii zamiast ją nam odbierać.