PODWÓJNY SYGNAŁ

Jesteśmy twórcami swojego życia, tylko używamy swojej mocy bez zapoznania się z instrukcją obsługi, więc czasem dostajemy to, czego chcemy, a częściej nie. To trochę tak, jakbyśmy naciskali na oślep przyciski w, powiedzmy, skomplikowanym ekspresie do kawy, i złościli się, że maszyna nie robi nam oczekiwanego cappuccino, tylko pluje wrzątkiem, albo wyłącznie warczy, albo uparcie nalewa jedno espresso za drugim.

Nasza moc tkwi w zestrojeniu serca z umysłem, w zestrojeniu dwóch osobnych układów nerwowych – bo, tak, serce ma swój własny układ nerwowy, mamy tam swój drugi mini-mózg. To nie metafora, to fakt naukowy. Jeśli nasze obie sieci neuronów wysyłają tę samą wysoką częstotliwość, możemy tworzyć cokolwiek nam się marzy, łącznie z wpływaniem na własną biologię i genetykę. I nie jest to jakiś mój autorski pomysł bynajmniej, to wniosek z badań naukowych, m.in. zespołu dr Joe’go Dispenzy. Kiedy ludzie medytują, wyciszając umysł, i wzbudzają w sobie uczucie o wysokiej wibracji (np. radość, miłość, wdzięczność), w ich ciałach zachodzą mierzalne zmiany.

Nie trzeba jednak znać się na fizyce kwantowej ani śledzić rozwoju epigenetyki, żeby zrozumieć, na czym polega synchronizacja serca z umysłem. Medytacja nie jest ani jedyną, ani konieczną drogą do oczyszczenia umysłu z negatywnych myśli i wprowadzenia serca w stan wysoko pozytywnych uczuć. Istnieją techniki, które pomagają w osiągnięciu tego stanu, można się tego nauczyć i stosować intencjonalnie. Ale można się tym również stać, „zainstalować” ten stan w sobie na stałe. Koherencja serca i umysłu to po prostu synchronizacja wiary i wiedzy, marzeń i doświadczenia. Dopóki jedno przeczy drugiemu, dopóty nasza moc twórcza pozostaje wyłączona, osłabiona albo zdeformowana, bo częstotliwości fal wysyłanych przez nasze dwa nadajniki wzajemnie się zakłócają i neutralizują.

Umysł to wiedza powstała z naszego osobistego doświadczenia; to subiektywne i ograniczające przekonania o sobie, o innych ludziach i o świecie, w którym żyjemy. To jednocześnie zestaw samospełniających się przepowiedni, bo umysł prowadzi nas do powtarzania tego, co zna, na co ma gotowy scenariusz reagowania. Tak strzeże naszego bezpieczeństwa: lepsze najgorsze znane niż ryzykowne nieznane. Tym samym marzenia plasują się poza protokołami bezpieczeństwa – z punktu widzenia umysłu są niebezpieczne, bo nieznane.

tendencja do kierowanie się głównie umysłem kształtuje się na skutek dziecięcych zranień, kiedy używano naszej wrażliwości przeciwko nam, albo kiedy byliśmy świadkami krzywdzenia jednego rodzica przez drugiego. Umysł uznał wtedy, że poświęcenie wrażliwości (kontaktu z czuciem) w zamian za bezpieczeństwo jest konieczne. I zapewne było – w dzieciństwie. W dorosłości ten scenariusz skazuje nas jednak na ciągłe odtwarzanie tej samej sztuki na różnych scenach w pogoni za większą ilością braw. Bez danych z czucia, bez kontaktu ze swoją duchową częścią, umysł się zapętla, tworzy błędne koła, dosłownie zatrzaskuje nas w labiryncie swojej logiki, każąc nam w nieskończoność odtwarzać to, co już znane, zanalizowane, zamknięte, przewidywalne. Umysł dominujący nad sercem tworzy wokół niego mur utkany z lęku, wstydu, smutku, poczucia winy. Ruminujące negatywne myśli ciągle wzbudzają te negatywne emocje, co tworzy prawdziwą energetyczną klatkę, strzeżone więzienie dla naszych pragnień i marzeń zapisanych w sercu.

Serce to wiara, czucie w kontakcie z duszą. Każe nam podważać to, co znamy, marzyć o tym, czego nigdy nie doświadczyliśmy, kierować się wartościami ponad namacalną korzyścią. Pozwala nam zmieniać zapisy umysłu, przeprogramować stare schematy, wymazać dominujące wzorce – pozwala nam zmieniać siebie i tworzyć na nowo świat wokół siebie. 

Kierowanie się głównie sercem to oznaka głębokiego kontaktu z własnym rdzeniem. Zazwyczaj tworzy się w dzieciństwie przez potrzebę odcięcia się od zewnętrznego świata, który nie zaspokaja potrzeb dziecka, przez szukanie zrozumienia i pocieszenia wewnątrz siebie. Paradoksalnie jednak wyrwanie z ziemskiego, realnego kontekstu wcale tu nie pomaga. Kiedy wiara dominuje nad wiedzą, nie widzimy tego, co jest. Idealizujemy to, upiększamy, racjonalizujemy, usprawiedliwiamy. Widzimy potencjał, nie widzimy jego blokad; doszukujemy się dobra tam, gdzie doświadczamy krzywdy. Serce marzy wbrew realiom, ale umysł to odrzuca, blokuje, konfrontując ze swoimi tak odmiennymi zapisami.

Ci, którzy w dzieciństwie poczuli więcej krzywdy niż miłości, idą w poszukiwaniu szczęścia w nieznane, pod prąd. Walczą z oporem swojego umysłu, który próbuje ich przekonać, że niczego tam nie ma; a nawet jeśli jest, to nie dla nich. Kierują się wiarą, bo umysł niewiele im oferuje, odtwarza głównie cierpienie.

Ci, którzy w dzieciństwie doświadczyli więcej miłości niż krzywdy, płyną z prądem, wyłapując po drodze wszystko podobne do tego, co znają. Ich umysł każe im szukać więcej i więcej, ale nie głębiej. Stąd „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”. Nie dlatego, że „bogactwo” jest złe, a dlatego, że posiadanie, wygoda, sukces, odcinanie kuponów od osiągniętej pozycji, omijanie trudności z wykorzystaniem innych ludzi po prostu rozleniwiają i uzależniają, skutecznie zagłuszają głos serca. Ci ludzie kierują się wiedzą, tym, co znane i namacalne, bo wiara wymagałaby od nich zaryzykowania, postawienia wszystkiego na jedną kartę – zbyt wiele mają do stracenia.

Synchronizacja serca i umysłu to koordynacja wiary i wiedzy. Przekonania umysłu podważone przez nasze działania wynikające z wiary w Miłość przestają mieć nad nami kontrolę, przestają kierować naszym zachowaniem. Marzenia serca, nieblokowane przez ograniczające zapisy umysłu, mogą się manifestować. 

Wiara może przenosić góry, pod warunkiem, że wierzymy jednocześnie i sercem, i umysłem.