ORZEŁ CZY KURA?

Każde dziecko oczekuje od rodziców i opiekunów miłości. To chyba najlepszy dowód, że przychodzimy na Ziemię z miejsca, gdzie ta bezwarunkowa miłość nie tylko istnieje, ale jest naturalnym standardem. Na Ziemi nie jest: rodzice dają dzieciom to, co mają, nie to, co chcieliby im dać. Tak jak nie mogą dać im miliona złotych na start w dorosłym życiu pracując za budżetowe pensje, tak też nie potrafią im dać zrozumienia, wsparcia czy empatii, jeśli sami tego nie dostali i nie stworzyli tego dla siebie samych. Nie można dać czegoś, czego się nie ma. Ale kiedy dziecko nie dostaje bezwarunkowej akceptacji i dojrzałej miłości, jego wiara w swoją naturę, w miłość, ulega uszkodzeniu: powstają w nim zranienia, niedostatki, wątpliwości w swoją wartość i ogromna tęsknota za poczuciem bycia kochanym.
Żeby przeżyć, dziecko próbuje wyłudzić od rodziców w nadmiarze to, co daje mu choć namiastkę tego poczucia albo próbuje na to poczucie zasłużyć, zapracować. Innymi słowy w jakiś sposób próbuje wymusić na rodzicach to, co chociaż trochę przypomina miłość, bez której nie może żyć. Wiedząc z doświadczenia, że może otrzymać tylko okruchy miłości, po to sięga w dorosłym życiu. Wymusza na innych oklaski dla siebie, żeby choć na chwilę mieć poczucie własnej wartości i wmawia sobie, że daje innym coś tak istotnego, że go nie opuszczą, że nie przestaną go potrzebować. Niektórzy poddają się tej kontroli, bo też chcą uznania i bycia niezastąpionym. Dorosłe dziecko rozpoznaje w nich siebie, więc tracą dla niego wartość, lekceważy ich, czasem nawet nimi gardzi, jakby chciało ich ukarać, że jest od nich zależne. Są też tacy, którzy wymykają się tej kontroli i wyzwalają w dorosłym dziecku panikę, że nie zdoła kontrolować nawet tych okruchów miłości, które zna. Ma więc do nich żal, zazdrości im niezależności, chce ich zmusić do grania w swoją grę albo zniszczyć, żeby przestali dotykać jego zranień.
Umysł dorosłego dziecka pracuje w trybie dziecięcej zależności: chce dostać od innych to, czego zabrakło w dzieciństwie: zrozumienia, empatii, szacunku, wsparcia, lojalności, stałości, bezpieczeństwa. Paradoksalnie jednak nie ma tego w doświadczeniu, więc szuka tego, co zna, to właśnie rozpoznaje, to przyciąga jak magnes. Nie to, co chce, a to, czym jest, w co wierzy, jak o sobie myśli. Dlatego wciąż od nowa zderza się z powtórką dziecięcych zranień: brakiem bezpiecznej przynależności, porzuceniem, odrzuceniem, zdradą i niesprawiedliwością.

Jeśli nie zmienimy swojego doświadczenia, nie damy sami sobie tych postaci miłości, których nam w doświadczeniu zabrakło, ten schemat będzie się powtarzał w coraz nowych dekoracjach; bo nawet jeśli ktoś zechce nam dać nasze marzenia, nie zdołamy w nie uwierzyć, nie utrzymamy ich, jeśli nie uznamy za swoje, za zgodne z nami, za zasłużone.
Pierwsi opiekunowie nieświadomie programują nasze lęki, zasiewają watpliwości co do miłości. W dorosłości każdy z nas staje przed tym samym wyborem: może żyć tymi lękami i przekazywać je dalej albo może wbrew nim zaopiekować się sobą jak idealny rodzic czy przyjaciel: zapewnić sobie fizyczne i emocjonalne bezpieczeństwo, stać się lojalnym wobec swoich potrzeb i emocji, zacząć traktować siebie na równi z innymi, objąć empatią siebie i innych w takim samym stopniu.
Wytwarzając miłość w sobie, do siebie, uczymy się ją produkować, łączymy się ze swoim energetycznym źródłem, z Miłością Boga, Wszechświata. Przyciągamy do siebie to, co do nas podobne, więc nasza wewnętrzna moc wciąż będzie rosła, zasilana przez otoczenie. Dziecięce przekonanie, że otoczenie się nami zaopiekuje i nada nam wartość jest nierealne. Dojrzałe wytworzenie otoczenia, które nas wspiera jest możliwe – tworzymy je przez swoje wybory oparte na przekonaniu kim jesteśmy, na co zasługujemy.
Używając metafory Anthony’ego de Mello – jesteśmy orłami wychowanymi wśród kur. Możemy zazdrościć innym orłom latania i marzyć, żeby nas zabrały na przejażdżkę, ale dopóki wierzymy, że jesteśmy kurami, pozostanie to w sferze marzeń. Potrzebujemy uruchomić własne skrzydła, żeby uwierzyć, że jesteśmy orłami. Potrzebujemy stworzyć orła w środku siebie wbrew odbiciu w lustrze, w którym widzimy kurę.

Na zdjęciu moja ulubiona pozycja samoterapeutyczna: jeśli przy czytaniu cudzych historii pojawia się emocjonalna odpowiedź (wzruszenie, ścisk w gardle, łzy), to podświadomość mówi nam, gdzie nosimy w sobie dziecięce zranienie. Znając je, możemy dać sobie odwrotne doświadczenie: miłość. Możemy zneutralizować stary lękowy zapis podejmując działanie wbrew emocjom, które go strzegą – aż do jego przeprogramowania. Wtedy przypomnimy sobie, na czym polega latanie i w lustrze zamiast kury zobaczymy orła. A kiedy zaczniemy latać, dołączymy do innych orłów, które będą pomnażać nasze poczucie bezpieczeństwa i przynależności, poczucie bycia rozumianym, akceptowanym, wspieranym.