RÓWNOŚĆ

Osoby, które w swoim dzieciństwie doznały braku ciepła i rodzicielskiej uwagi oraz boleśnie doświadczyły nieważności i niezrozumienia własnych potrzeb i emocji, mają tendencję do dawania swoim dzieciom tego wszystkiego w nadmiarze, próbując chronić je przed swoim własnym starym bólem. Ich dzieci dostają nielimitowaną uwagę i obecność rodzica, pozwolenie na wyrażanie swoich emocji bez granic i zaspokajanie swoich potrzeb bez zwracania uwagi na potrzeby innych; nie wymaga się od nich zrozumienia drugiej strony, podaje gotowe rozwiązania, zwalnia z ponoszenia konsekwencji i odpowiedzialności. 

Intencją rodziców jest uszczęśliwienie dziecka, rzeczywistość okazuje się jednak dramatycznie inna – tak wychowane dzieci stają się emocjonalnie słabe, bezradne i silnie zależne od innych, podatne na wpływy, skłonne do ryzykownych zachowań. Nie potrafią zarządzać swoim samopoczuciem, zostają więc skazane na zarządzanie innymi, żeby dostarczyli im tego, do czego przywykli i na życie w ciągłym lęku, że im się to nie uda – i bez tej miłości z zewnątrz znikną jak bańka mydlana, przestaną istnieć. Metaforycznie można powiedzieć, że mając zdrowe płuca, wierzą, że nie przeżyją bez respiratora, i skupiają się na kolekcjonowaniu jak największej ilości tych respiratorów, żeby poczuć się bezpiecznie.

U takich dzieci można zauważyć charakterystyczny zestaw cech:

  1. Potrzebują skupienia uwagi na sobie, stałej atencji, bycia na pierwszym planie, w centrum uwagi wszystkich innych. Cudze zainteresowanie daje im poczucie wartości; ani na chwilę nie mogą przestać zajmować sobą innych, bo w samotności i ciszy ich poczucie własnej wartości znika, pojawia się niepokój i lęk przed utratą miłości. Żeby utrzymać cudzą uwagę, stosują techniki, które „zadziałały” na rodziców: popisują się swoją wiedzą, talentami, poczuciem humoru lub sprawnością fizyczną. Bywają więc nadpobudliwe ruchowo i niesterowalne głosem, bywają przemądrzałe, zawsze usiłujące mieć ostatnie słowo i bywają przyklejone do rodzica czy opiekunów jak druga skóra, wymagając, żeby poświęcali im cały swój czas.
  1. Potrzebują stałej obecności innych osób, nawet jeśli są czymś zajęte, nawet w nocy, jako gwarancji poczucia bezpieczeństwa – jak talerza z jedzeniem w zasięgu ręki na wypadek głodu. Cudza obecność reguluje ich lęk wynikający z bezradności: z braku umiejętności radzenia sobie z własnymi emocjami i braku umiejętności nazywania i zaspokajania swoich potrzeb.
  1. Dążą do decydowania i „rządzenia” dorosłymi, czasem bezpośrednio, jawnym wymuszaniem, czasem pośrednio, upieraniem się przy swoich pomysłach i wyborach albo manipulowaniem cudzymi nastrojami i decyzjami. Próbują w ten sposób zdobyć poczucie kontroli nad innymi i tym, co od nich dostają; próbują uciszyć wewnętrzny lęk, że nie dostaną tego, czego potrzebują, jak wierzą, do przeżycia. Paradoksalnie demonstrują w ten sposób krańcowy brak zaufania do siebie i swojej mocy.
  1. Są silnie skupione na swoich emocjach i swoich potrzebach, którym nadają zawyżoną wartość i ważność. Nadmierna uwaga rodziców spowodowała, że drobne emocje czują jako ekstremalne, a zachcianki jako niepodważalne potrzeby. Nie nauczone cudzej perspektywy nie potrafią zrozumieć, co czują i potrzebują inni, więc uczą się scenariuszy zachowania – jaki guzik nacisnąć, żeby dostać to, czego się chce. Stosowanie manipulacji powoduje, że nie mają szacunku ani do siebie („jestem złą osobą”), ani do innych („inni są głupi i dają się nabrać”).
  1. Zachowują wrażliwość, ale nie potrafią wczuć się w sytuację innych, jeśli same jej nie doświadczyły. Można wzbudzić w nich empatię, szczególnie wobec cudzej ewidentnej krzywdy, ale tylko liniowo, w danej sytuacji, w której nie są osobiście zaangażowane, nie są stroną. Empatia nie jest używana samoistnie do zrozumienia drugiej osoby. Dlatego często przekraczają cudze granice i krzywdzą, bo podświadomie zakładają, że jeżeli coś je uszczęśliwia, to innych również, nawet jeśli obiektywnie dzieje się to cudzym kosztem.
  1. Nie lubią wysiłku, szczególnie emocjonalnego. Ich definicja miłości opiera się na skojarzeniu z byciem obdarowywanym, więc staranie się dla innych zaprzecza tej definicji, zaprzecza poczuciu miłości, jest odczuwane jako utrata lub odrzucenie, wzbudza lęk. Świadomość własnej bezradności emocjonalnej nie motywuje do wysiłku, raczej obezwładnia, każe szukać obejść albo kompensacji w innej sferze, w postaci ekstremalnego wysiłku fizycznego lub intelektualnego.
  1. Mają bardzo dużo negatywnych emocji, które ostrzegają o nieprawidłowych ustawieniach umysłu, o fałszywej definicji miłości. Najczęściej jest to lęk, zazdrość, złość, niezadowolenie, rozczarowanie, frustracja, niepokój. Wyrażają je agresywnie (jawnie naruszając cudze granice), pasywno-agresywnie (posługując się sarkazmem, kłamstwem, manipulacją) lub pasywnie (oporując lub wchodząc w rolę ofiary). Pozytywne emocje są powiązanie z dostawaniem czegoś (rzeczy, czasu, uwagi, obecności) od innych, zależą od innych. Jeżeli są wytwarzane, to w sferze fizycznej lub intelektualnej, tworząc jeszcze silniejszy kontrast z bezradnością i zależnością w sferze emocjonalnej. Powstaje głód podobny do narkotycznego, stale rosnące wymagania wobec innych, postępującą roszczeniowość.
  1. Przeżywają trudności w relacjach rówieśniczych. Są w stanie przewidywać zachowania innych, ale nie rozumieją emocji, które kierują cudzym zachowaniem. We własnym przypadku odwrotnie – ich emocje usprawiedliwiają każde zachowanie. Próbują zdominować kolegów czy koleżanki tak jak rodziców i zapewnić sobie „królewskie” traktowanie, co rzadko się udaje. Przeżywają z tego powodu ogromne frustracje, nie rozumiejąc powodu odrzucenia. Próbując grać nadrzędną rolę w relacjach, mają tendencję do osądzania, krytykowania i poniżania innych. Można powiedzieć, że mszczą się na innych za to, że gardzą sami sobą.
  1. Nie biorą odpowiedzialności za swoje zachowanie i szukają winy na zewnątrz – w innych ludziach, okolicznościach, sytuacji. Próbują zachować wizerunek zwycięzcy dla równowagi z wewnętrznym poczuciem bezsilności i „gorszości”. Próbują przekonać sami siebie, że są ok wbrew temu, co czują.
  1. Cechuje je brak uczciwości i lojalności, ponieważ lęk przed utratą miłości zdefiniowanej jako zewnętrzna i nieprzewidywalna każe im żyć w trybie przetrwania, od jednego gestu uznania do drugiego, od komplementu do komplementu – zawsze więc możliwość czerpania z wielu źródeł wydaje się sensowniejsza dla przetrwania niż bycie w porządku nawet wobec własnej rodziny, a co dopiero innych. Bez problemu można ich zmanipulować komplementami, uznaniem, aprobatą; łatwowiernie ulegają wpływom innych, a pogoń za aprobatą kieruje je na drogę różnego rodzaju uzależnień.

Jeśli w parze z nadopiekuńczym rodzicem idzie rodzic niedostępny emocjonalnie, często przemocowy (fizycznie lub emocjonalnie), u takich dzieci wykształca się osobowość narcystyczna. Zabawny mały atencjusz staje się irytującym, przemądrzałym, nachalnym dorosłym. Dawna urocza „przylepa” w dorosłym życiu nadal nie potrafi zająć się sobą, wymaga, żeby ktoś ją zabawiał, asystował jej przy każdej czynności, towarzyszył non-stop. Mały rządzący okazuje się dużym kontrolującym i nie znoszącym sprzeciwu. Dzieciak, który „umiał zadbać o swoje” jako dorosły rywalizuje z własnymi dziećmi o uwagę żony/męża i bezwzględnie stawia swoje potrzeby i emocje na pierwszym miejscu. Nie rozumie cudzej perspektywy i nie zamierza podejmować żadnych wysiłków w kierunku zmiany sytuacji, bo to inni są za nią odpowiedzialni. Nie rozumie konsekwencji swoich zachowań, więc zawsze czuje się skrzywdzony/a, więc ostatecznie rozczarowany/a szuka innych źródeł uznania i aprobaty dla siebie, oszukując i zdradzając partnera czy partnerkę.

Niestety, psychoterapia nie ma tu wiele do zaoferowania. Kiedy dzieci są małe, rodzicie nie widzą problemu, wierzą, że ich pociechy z tego wyrosną, jak z butów i ubrań. Kiedy problem zaczyna być trudny do ignorowania, dzieci są już zazwyczaj nastolatkami i nie zamierzają oddać tego, do czego przywykły. Żeby się „ukorzeniły”, trzeba im „przyciąć gałązki”, nauczyć konsekwencji, odpowiedzialności, szacunku, wytworzyć empatię. Psycholog czy terapeuta w gabinecie nie ma takiej możliwości, bo słowa nie zastępują doświadczenia, na którym uczy się umysł; kiedy próbuje modelować relację opartą na równości, dziecko natychmiast przestaje być zainteresowane współpracą. Rodzice nie potrafią zmienić swoich postaw z dnia na dzień, a dziecko staje się coraz bardziej niezależne i wymyka się spod ich wpływu.

Dorośli narcyzi przychodzą na terapię tylko po to, aby otrzymać potwierdzenie swojej krzywdy i winy innych. Jeśli nie uda im się wciągnąć terapeuty w swoją grę, znikają. Można zaryzykować twierdzenie, że narcyzi nigdy się nie zmieniają, ponieważ do zmiany potrzebują ogromnej samodyscypliny i prawdziwego poświęcenia, przynajmniej z ich perspektywy – w imię czego mieliby to robić, skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto nakarmi ich za darmo, odpuści konsekwencje, wybaczy kłamstwa i zdrady, przygarnie i użali się nad ich niedolą?

Piszę ten tekst, żeby pokazać, jak niesprawiedliwe i nielogiczne jest potępianie narcyzów i jednoczesne gloryfikowanie poświęcenia i cierpienia. Jedno produkuje drugie i vice versa. Narcyzi rodzą się z nieuleczonego bólu swoich rodziców i mogą nimi pozostać tylko karmieni nieuleczonym bólem innych ludzi, którzy pozwalają przekraczać swoje granice bez słowa skargi, tolerują brak szacunku, wyręczają, utwierdzają ich w poczuciu krzywdy, zwalniają z odpowiedzialności, ustępują im wbrew sobie, chronią przed konsekwencjami i wszystko im wybaczają. 

Narcyzi są lustrem swoich przeciwieństw. Jedni krzywdzą innych (bo im na to pozwolono), inni krzywdzą siebie (bo inni byli przemocowi). Różni ich sposób zachowania, ale łączy to samo cierpienie skrywane pod spodem. Jedni je wykrzykują i obarczają nim innych, drudzy nie nazywają go nawet dla siebie. Jedni żądają ulgi od innych, bo sami nie potrafią sobie pomóc, drudzy wiedzą jak, ale potrafią wspierać wszystkich oprócz siebie.

Napiętnowanie narcyzów i nazywanie ich psychopatami to szukanie problemu na zewnątrz siebie. Pozbawione sensu, bo narcyzów zmienić nie można – ale można stworzyć warunki, w których nie powstaną i nie przetrwają. Zamiast osądzania innych warto spojrzeć wgłąb siebie i wyrównać to, co w dzieciństwie zostało zaburzone. Ze zrozumieniem, że każdy z nas dostał jakieś karty na wejściu, którymi jest zmuszony grać, ale bez usprawiedliwiania zachowań, które krzywdzą. Wybierając to, co nie boli i szanując to, co boli innych; przeprogramowujc autodestrukcję (czy to altruistyczną, czy narcystyczną) na Równość. To właśnie jest Miłość. Nie można dostać jej z zewnątrz, trzeba ją sobie samemu wyprodukować i wyświetlić, zmanifestować w swojej rzeczywistości.