Umysł to komputer, który posługując się zgromadzonymi przez siebie danymi próbuje zapewnić nam przeżycie i bezpieczeństwo. Dane, na których pracuje, to nasze doświadczenie, nasze przeżycia i obserwacje. Umysł przetwarza te informacje tworząc generalizacje: na przykład kiedy ugryzie nas pies, zaczynamy bać się wszystkich psów, kiedy uczestniczymy w wypadku samochodowym, mamy blokadę przed ponownym wejściem do jakiegokolwiek auta, kiedy po jakiejś potrawie dostajemy niestrawności, długo potem nas jeszcze od niej odrzuca, i tak dalej. Emocje pochodzące z tego doświadczenia ostrzegają nas przed wszystkim podobnym: każdym psem, każdym samochodem i każdym tego typu daniem, choć tu i teraz zdajemy sobie sprawę, że pies jest łagodny, na smyczy i po drugiej stronie ulicy; że samochód znajomego jest sprawny, a trasa krótka i bezpieczna; że posiłek jest świeży i lekkostrawny.
Umysł analizujący teraźniejszość mówi jedno, a emocje pilnujące zapisanych w nim skojarzeń mówią drugie. I to jest właśnie sytuacja, w której wymagana jest interwencja naszego świadomego ja. Wyobraźmy sobie, że się zamyśliliśmy, i jedna nasza ręka robi notatki, a druga bezmyślnie gniecie czy drze kartkę, na której są zapiski – kiedy się zorientujemy, co się dzieje, musimy świadomie zdecydować, czy te notatki są ważne i chcemy je zachować, czy nieistotne, i możemy je zniszczyć; czyli musimy podjąć decyzję i skoordynować działanie swoich rąk. Tak samo musimy arbitralnie zarządzić swoimi dwoma odbiornikami: czuciem i rozumem. Jeśli wyłączymy którykolwiek z nich, stracimy część danych, i podjęta decyzja obróci się przeciwko nam. Jeśli wysłuchamy czucia i użyjemy logiki do nadania mu kontekstu, znajdziemy przyczynę konfliktu między swoimi częściami i będziemy mogli ten konflikt rozwiązać.
Sprawa jest znacznie prostsza, kiedy dotyczy w miarę świeżych i konkretnych doświadczeń, takich jak te przykładowe: ataku zwierzęcia, wypadku drogowego, zatrucia. Niestety cała masa skojarzeń i przekonań zapisanych w umyśle pochodzi z naszych pierwszych lat życia, z pierwszych przeżyć i obserwacji, których nawet nie pamiętamy.
Przykład pierwszy: jeśli dorastamy wśród krytycznych i autorytarnych dorosłych, możemy przyjąć postawę poddania się, dopasowania do cudzych wymagań i oczekiwań; staramy się „zniknąć”, żeby nie sprowokować wobec siebie napaści czy oskarżeń, żeby uniknąć negatywnych emocji opiekunów. Umysł generalizuje te doświadczenia w przekonanie „im więcej siebie oddam, tym będzie mi lepiej, łatwiej, szczęśliwiej”. To przekonanie stosowane wobec wszystkich każdego dnia powoduje jednak wyczerpanie, poczucie krzywdy, cierpienie. Umysł w końcu nazywa te emocje i fakt, że zapisane równanie się nie zgadza: zabieranie sobie nie uszczęśliwia. Postanawiamy więc zadbać o siebie, i początkowo pojawiają się pozytywne emocje: jesteśmy na dobrej drodze, o to chodziło. Ale z czasem radość cichnie, a pojawia się lęk i smutek. Dlaczego, skąd, skoro robimy co trzeba…? Ze starego zapisu. Jeśli wierzymy, że oddając siebie będziemy szczęśliwi, to kiedy przestajemy oddawać innym co nasze, umysł odpowiada zgodnie z tą logiką: „to nie będziesz szczęśliwy/a”, i to nam przekazują nasze emocje.
Przykład drugi: jeśli dorastamy wśród opiekunów, którzy zwracają na nas uwagę w sposób pozytywny, wzbudzamy ich zachwyt, śmiech czy podziw tym, co mówimy, co robimy, co wymyślamy w swojej dziecięcej kreatywności, to możemy przyjąć postawę dominacji, wymuszania bycia zauważanym. Umysł generalizuje to doświadczenie w przekonanie „im bardziej postawię na autoreklamę, na siebie, tym będę szczęśliwszy/a”. Pozornie to przekonanie działa, ale taki teatr jednego aktora nie pozwala na tworzenie więzi, bliskości, satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi. Kiedy więc postanawiamy to zmienić, analogicznie jak w pierwszym przykładzie najpierw pojawia się radość, satysfakcja, poczucie dobrej zmiany. Ale tolerancja umysłu na zmianę w zakresie starego zapisu jest niewielka: kiedy uzna, że przekroczyliśmy tę granicę, poczujemy lęk i smutek; bo skoro bycie w centrum uwagi uszczęśliwia, to wycofanie się powoduje negatywne emocje: ostrzeżenie przed utratą miłości utożsamionej ze szczególną aprobatą innych ludzi.
Przykłady można by mnożyć, ale zawsze chodzi o to samo. Mamy dwa odbiorniki: czucie i rozum. Kiedy są zsynchronizowane, mogą tworzyć rzeczy niezwykłe, jak perfekcyjnie zsynchronizowane ciało w tańcu. Kiedy nie są zsynchronizowane, utrudniają nam życie, jak wtedy, kiedy potykamy się o własne nogi albo możemy używać tylko jednej ręki naraz. Dlatego zawsze, kiedy umysł mówi nam co innego niż emocje, czy czucie co innego niż rozum, to jest to prośba o świadome rozwiązanie konfliktu. I nie chodzi tu o wybranie jednej strony („kto ma rację”), chodzi o zrozumienie, na czym ten konflikt polega. A polega na tym, że świadomie (tu i teraz) zauważamy, że stary zapis nie jest prawdziwy, nie służy nam, ale emocje strzegące tego starego zapisu mówią nam co innego i próbują nas zmusić do powrotu do tamtego automatyzmu. Jedna część nas jest w teraźniejszości, a druga w przeszłości, dlatego nic się nie zgadza. To, co musimy zrobić, to przeczytać informację płynącą z emocji z przeszłości („tak było”) i oddzielić to doświadczenie od teraźniejszości i przyszłości („tak nie musi być”). Nie ma znaczenia, czy paraliżuje nas lęk przed psem, samochodem, byciem winnym czy byciem nieważnym – jeśli chcemy się go pozbyć, musimy wystąpić przeciwko temu lękowi, stworzyć nowe, pozytywne doświadczenie. Tyle razy, ile trzeba, żeby zneutralizować stare skojarzenie. Nasze zranione miejsca są jak skrzywdzone przez ludzi zwierzęta: tak długo potrzebujemy zastępować lęk miłością, aż stworzy się zaufanie i nowe przekonanie.