PODRĘCZNIK INSTRUKCJI ŻYCIA

Nie przychodzimy na ten świat jako czysta karta, a wychowanie i socjalizowanie w konkretnych okolicznościach dodatkowo powoduje zapisanie w nas pewnych „ustawień” – przekonań, którymi nieświadomie kierujemy się jako swoją życiową filozofią.

Doświadczając opieki lub jej braku w poszczególnych sferach (fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej i duchowej) doświadczamy ważności lub nieważności swoich konkretnych potrzeb, uczymy się sposobu traktowania siebie.

Dla lepszego wyobrażenia sobie tego procesu przyjmijmy, że sfera fizyczna (ciało) jest jak pojazd, którym jedziemy przez życie; sfera intelektualna (umysł) to silnik tego pojazdu; sfera emocjonalna (czucie) jest paliwem; a sfera duchowa (wiara, poczucie łączności z siłą wyższą) to nawigacja. Dostajemy od opiekunów różną ilość i jakość instrukcji co do każdego obszaru siebie: taki podręcznik z czterema rozdziałami.

Zazwyczaj rozdział pierwszy, dotyczący fizyczności, jest najobszerniejszy, bo ciało jest najbardziej widoczne, mierzalne. Dostajemy instrukcje dotyczące wyglądu, jedzenia, spania, aktywności, wzorców automatycznego zachowania w różnych sytuacjach.

Rozdział drugi, mniej obszerny, to zbiór instrukcji dotyczących umysłu – w jaki sposób go używać, czy warto, do czego się nadaje, a do czego nie, gdzie dać mu pierwszeństwo przed emocjami czy duchowością, a gdzie go użyć do ich tłumienia lub racjonalizowania.

Rozdział trzeci, cieniutki, to niejasne i pełne sprzeczności instrukcje dotyczące emocji – co z nimi robić, a szczególnie jak sobie radzić z tymi trudnymi i przykrymi; czy się nimi zajmować i próbować zrozumieć, czy od nich uciekać, zagłuszać je, tłumić, czy może po prostu próbować ignorować; czy mamy nad nimi władzę, czy one nad nami.

I rozdział czwarty, często prawie zupełnie pusty, o tym, jakie są nasze wartości – kim jesteśmy i jaki jest sens naszego życia. O tym, czy istnieje coś większego od nas samych; o tym, co jest po śmierci i o tym, co warto za życia. Pośrednio o tym, kim jest dla nas drugi człowiek: wrogiem, którego należy pokonać? słabeuszem, którego należy lekceważyć i upokarzać przy każdej okazji? taką samą czującą istotą jak my? A bezpośrednio o tym, kim jesteśmy my sami: wojownikiem walczącym o poszerzenie swoich wpływów, niewolnikiem okoliczności bez żadnych praw i możliwości działania czy świadomym twórcą swojej rzeczywistości.

Próbujemy stosować się do tego napisanego dla nas podręcznika z informacjami, i okazuje się, że to straszny gniot. Sporo informacji zwyczajnie brakuje, inne są niejasne albo „w praniu” okazują się błędne, a na dodatek instrukcje z jednego rozdziału nie zgadzają się z instrukcjami z innego…

Dowiadujemy się, że jedne nasze sfery są ważniejsze od innych, a nawet wewnątrz jednej sfery jakaś część jest ważniejsza od innej. Raczej wysnuwamy taki wniosek, zauważając, że pewne nasze potrzeby dostają nadmiar rodzicielskiej troski, a inne pozostają niezauważane. Nie wnikamy dlaczego, po prostu staramy się z tym żyć. Ale brak wewnętrznej równowagi powoduje dokuczliwy chaos w naszym życiu. Im bardziej inwestujemy w jedną sferę czy jej część, pomijając pozostałe, tym bardziej naruszamy tę równowagę, i wtedy mamy wrażenie, że nic nie działa tak jak powinno.

Kiedy utożsamiamy się z ciałem (np. wyglądem, jedzeniem, aktywnością), stajemy się ciałem; zaczynamy wierzyć, że potrzeby ciała nas kontrolują i definiują. To tłumi naszą duchowość, a ten wewnętrzny konflikt między sferami naszego ja powoduje silne emocje, do których umysł próbuje stworzyć jakąś filozofię. Używając wcześniejszej metafory jesteśmy wtedy jak pojazd bez nawigacji, z wylewającym się z baku paliwem i rozregulowanym silnikiem – daleko w tym stanie nie zajedziemy, i oklejanie karoserii folią tego nie zmieni, bez względu na to, czy jest to folia ochronna czy ozdobna.

Kiedy utożsamiamy się z umysłem, stajemy się takim ludzkim komputerem; podporządkowujemy się swoim potrzebom intelektualnym bez reszty. To silnie tłumi nasze emocje, które poprzez ciało próbują powiedzieć to, co mają do powiedzenia. Ciało choruje, odcięta przez wybujały intelekt duchowość zamiera. To jak podrasowany na maksa silnik w zardzewiałym aucie pozbawionym nawigacji i paliwa; reszta elementów nie sprosta zadaniu, nie stworzymy w ten sposób wyścigowej maszyny.

Kiedy utożsamiamy się ze swoją emocjonalnością, stajemy się emocjami. Uznajemy je za siłę, nad którą nie mamy kontroli, która pozbawia zasilania i umysł, i duchowość, a ciałem szarpie jak chorągiewką na wietrze. To jak paliwo zalewające zaniedbane auto pozbawione silnika i nawigacji – jest zupełnie bezużyteczne, a nawet potencjalnie niebezpieczne, bo grozi wysadzeniem wszystkiego w powietrze.

Kiedy utożsamiamy się z duchowością, negujemy tak emocje, jak i potrzeby ciała i umysłu. Czując połączenie z siłą wyższą lekceważymy ciało jako element przyziemny i tymczasowy, więc niewarty naszej uwagi; próbujemy też dystansować się od swojego czucia i myślenia, żeby nam w tym połączeniu z boskością nie przeszkadzały, nie zakłócały go swoimi wątpliwościami. Stajemy się wtedy nawigacją bez pojazdu, kompletnie pozbawioną użyteczności.

Do szczęśliwego, harmonijnego życia potrzebna jest akceptacja i rozwijanie wszystkich części siebie, tak jak do bezproblemowej jazdy potrzebujemy zadbanego samochodu, serwisowanego silnika, odpowiednio dobranego paliwa i sprawnej nawigacji. Podręcznik z instrukcjami, który piszą dla nas nasi opiekunowie z najlepszymi intencjami, zawsze jest mniej lub bardziej wybrakowany, musimy go uzupełnić sami. Jeśli będziemy szukać podpowiedzi na zewnątrz, u innych ludzi, w cudzych podręcznikach, pogrążymy się w chaosie, testując kolejne idee. Jeśli jednak będziemy szukać odpowiedzi w sobie, możemy stworzyć znacznie lepszą wersję instrukcji życia niż ta, którą sami otrzymaliśmy.

Co to znaczy szukać odpowiedzi w sobie? To znaczy uczyć się rozumieć siebie: zauważać i zaspokajać potrzeby pochodzące ze wszystkich swoich sfer tak, aby stworzyć i utrzymać wewnętrzną równowagę, która powoduje poczucie spokoju, harmonii i spełnienia. To znaczy zobaczyć i zrozumieć bez oceniania całą czy całego siebie, wszystkie swoje potrzeby, nie tylko te, na które zwracali uwagę nasi opiekunowie ze względu na swoje własne filtry i ograniczenia.

Po pierwsze, oznacza to, że potrzebujemy zrównać potrzeby tego, co widoczne, z potrzebami niematerialnymi. W przeciwnym razie będziemy czuć głód jedzenia, choć będzie on pochodził z głodu troski, wsparcia, zrozumienia; będziemy czuć przymus rywalizacji czy wyjątkowych osiągnięć w zakresie fizycznej sprawności, choć będzie pochodził z potrzeby uznania i szacunku w innym obszarze; będziemy w nieskończoność chcieć poprawiać swój wygląd, choć źródłem tego będzie niezaspokojona potrzeba bycia zauważonym emocjonalnie.

Po drugie, potrzebujemy połączyć dane z czucia i myślenia. Tylko wtedy jesteśmy w stanie zauważyć, że im silniej potrzebujemy błyszczeć intelektualnie, tym silniej próbujemy ukryć niezaspokojone potrzeby emocjonalne; że im bardziej realizujemy scenariusze umysłu, tym gorzej się czujemy; że nasze dobre samopoczucie zależy od współpracy tych dwóch przetworników informacji.

Po trzecie, potrzebujemy uznać istnienie duchowości i jej wpływu na nasze życie. Dziś mamy na to już dowody naukowe, że nasza świadomość tworzy naszą rzeczywistość, od biochemii organizmu po zdarzenia „losowe”. Tworzymy tyle dobra (dobrobytu i dobrostanu), na ile w nie wierzymy, ale w ścisłym kontekście tego, jak się spostrzegamy. Duchowość kieruje naszym życiem poprzez to, w co wierzymy na temat siebie, innych ludzi i siły wyższej. Im mniej rozwijamy swoją duchowość, tym bardziej podlegamy prawom biologicznym, a nasz świat niewiele różni się od świata zwierząt: słabi skazani są na wymarcie, potrzeby ciała decydują o pozostałych, a przeżycie za wszelką cenę, kosztem innych, staje się priorytetem w hierarchii wartości. Jeśli taka rzeczywistość inspiruje naszych opiekunów do napisania podręcznika z życiowymi instrukcjami dla nas, to istnieje wysokie ryzyko, że nie rozwiniemy swojej duchowości, albo przeciwnie, buntując się przeciwko temu rozwiniemy ją nadmiernie, w oderwaniu od pozostałych sfer, ich kosztem. A taka duchowość krzywdzi: każe nam zapomnieć o sobie (jakiż to paradoks: głos czucia każe nam ignorować odczuwanie swoich potrzeb!) albo będzie zachęcała do bezwzględnego kontrolowania i podporządkowania sobie innych ludzi; w skrajnych przypadkach zmuszała do walki, wojny, zabijania. Do właściwego rozwoju duchowość potrzebuje zdrowego kontaktu z czuciem, umysłem i ciałem – jej ustawienia wpływają na nie, ale i ich ustawienia wpływają na nią.

Ciało, które będziemy leczyć według cudzych pomysłów, nie wyzdrowieje, albo wyzdrowieje z jednej choroby, aby zapaść na drugą. Bo jeśli choruje, to jest niewysłuchane, nierozumiane. Być może samo choruje, realizując instrukcje z otrzymanego w dzieciństwie podręcznika, ale bez kontaktu z czuciem; być może przekazuje obraz innej chorującej sfery, której nie dopuszczamy do głosu: umysłu, emocji lub duszy.

Umysł, który zapętlił się w swoim zaprogramowaniu, nie przestanie kręcić się w kółko, choćbyśmy przyswoili całą dostępną wiedzę świata. Nie odwiesi się, dopóki nie dopuścimy go do danych z czucia – nie zrozumiemy jego awarii. To on tworzy scenariusze i instrukcje w odpowiedzi na zranione czucie, wymyśla procedurę obejścia „jak żyć bez zranionego obszaru”. Jeśli go zrozumiemy i nakierujemy, może pomóc uleczyć tę ranę.

Targające nami nieprzewidywalne emocje i przymusy nie przestaną się pojawiać, choćbyśmy łykali tony leków i stosowali wymyślne techniki. Emocje czekają na przeczytanie – na zrozumienie tego, co mają do powiedzenia. To ich zadanie: chronić nas bólem przed zboczeniem ze swojej drogi i prowadzić nas nią za pomocą radości – ale samo czucie bez zrozumienia jego indywidualnego zaprogramowania także wyprowadzi nas w pole. Wszędzie, gdzie w pierwszych latach życia doświadczenie lęku zajęło miejsce ufności w miłość, powstało duchowe i emocjonalne zranienie. Umysł wyprodukował dla tego zranienia instrukcję obejścia, i o tym mówią te nieustępliwe emocje. Duchowość pyta przez nie: „w co wierzysz?”.

Ciało boli, umysł i emocje potrafią zamęczyć natręctwami, ale dusza też potrafi przysporzyć nam cierpienia, kiedy negujemy lub źle odczytujemy jej potrzeby. Jest najmniej namacalna ze wszystkich sfer, a ma największą sprawczość. Im mniej się nią zajmujemy, tym bardziej nas boli: tracimy poczucie sensu życia, radość, dobre samopoczucie. Im bardziej próbujemy ją zdefiniować dla siebie wybierając wśród różnych cudzych pomysłów na to, czym jest (jeśli jest) siła wyższa i kim jesteśmy my w tym kontekście, tym bardziej wywieramy presję na inne sfery, aby się tej wybranej filozofii podporządkowały – wtedy to one bolą.

Duchowość używa języka czucia – więc jeśli nasze emocje zostały przeprogramowane przez scenariusze umysłu, to nasza sfera duchowa przyjmuje postać naszych mechanizmów: to w nie wierzymy, a ciało to wyświetla. Cokolwiek zmienimy w tym ustawieniu, którykolwiek element dotkniemy ze zrozumieniem i miłością, stworzymy szansę na zmianę całej reszty, szansę na powrót do stanu sprzed zainfekowania lękiem. Czy wykorzystamy tę szansę, zależy od poziomu świadomości, od duchowości – od tego, kim się czujemy: ofiarą, pionkiem czy twórcą; czy decydujemy się biernie żyć z tym co nam w tym życiu przypadło, czy wybieramy zmieniać to, co sprawia nam dyskomfort, stawać się Światłem.