Każdy z nas dostaje coś w swoim dziecięcym doświadczeniu, i czegoś nie dostaje. I nawet nie chodzi o to, żeby dostać jak najwięcej, bo czasem to, co nazywamy „szczęśliwym dzieciństwem” przynosi konsekwencje w postaci zależności, bezradności i zagubienia, a „trudne dzieciństwo” może skutkować samodzielnością, zaradnością i zorganizowaniem. Karty, które dostajemy na początku życia nie są ani dobre, ani złe; ani lepsze, ani gorsze od innych, po prostu różne i wyjątkowe jak linie papilarne.
Każdy z nas zyskuje pewne umiejętności i wskazówki „jak żyć”, a pozostałych musi nauczyć się od innych. Każdy przeżywa lęk i ból oddzielając w sobie prawdę od nieprawdy. Każdy ma własną drogę i własne tempo, dostosowane do swoich możliwości, przekonań i marzeń. Jedni idą wytrwale na piechotę, innych ktoś podrzuca kawałek autostopem. Bo wcale nie jest powiedziane, że jedyną drogą do dobrej zmiany w swoim życiu jest samodzielne, mozolne rozplątywanie tych wszystkich podświadomych konfliktów. Tak jak można wyzdrowieć po długim uciążliwym leczeniu albo pod jednorazowym wpływem czyjejś leczącej energii, tak samo „na skróty” można podnieść stan świadomości. Nie jesteśmy odizolowanymi wyspami, tkwimy w tym samym polu energii. Jeśli ludzie w naszym stałym otoczeniu emanują negatywną energią, powodują obniżenie naszej pozytywnej energii, i odwrotnie, jeśli otaczamy się pozytywnymi ludźmi, ich energia wspiera, podnosi naszą. Ktoś o wyjątkowo silnym polu energetycznym może „podciągnąć” pole kogoś innego – może to zrobić samą myślą, dotykiem, słowem, dźwiękiem, czymkolwiek. Ale jak na razie takie doświadczenia zdarzają się wyjątkowo i zazwyczaj zdani jesteśmy na „chodzenie piechotą” w naprawianiu swojego zdrowia czy samopoczucia emocjonalnego.
Gdybym miała wskazać dwie rzeczy, które mają decydujący wpływ na ten proces, byłyby to: umiejętność wglądu (szczerego słuchania siebie) i umiejętność precyzyjnego nazywania swojego świata wewnętrznego, myśli i emocji.
Tak jak idziemy do lekarza po diagnozę, żeby wiedzieć, jak się wyleczyć, tak też potrzebujemy zobaczyć i nazwać siebie, żeby wiedzieć, co chcemy zmienić. Ludzie, którzy z powodu różnych blokad odmawiają wglądu w swoje ja, szukając przyczyn i odpowiedzi na zewnątrz siebie, de facto są skazani na powtarzanie swoich schematów. Nie widząc swoich automatyzmów co rusz uderzają w ścianę, a lekceważąc ostrzegawczy ból zamieniają go w stałe cierpienie.
Podobnie dzieje się, kiedy ktoś potrafi zobaczyć siebie z dystansu, zauważa swoje schematy, ale nie potrafi ich nazwać. Czuje się „źle”, ale nie wie, czy to złość czy smutek, czy rozczarowanie czy irytacja. Czasami dlatego, że nigdy tego nie robił i musi się tego nauczyć tak jak dziecko uczy się nazw kolorów; a czasami dlatego, że jego umysł zabrania mu czucia pewnych emocji. Dziewczynki na ogół są zawstydzane, kiedy się złoszczą, więc uczą się nazywać złość smutkiem; chłopcy – odwrotnie, są zawstydzani, kiedy płaczą, więc nazywają i wyrażają swój smutek jako złość. Jeśli opiekunowie nie akceptowali jakiejś emocji albo otoczenie źle na nią reaguje, próbujemy ją racjonalizować: „wcale nie jestem wściekła na szefa, tylko boli mnie noga” (z takiego racjonalnego powodu wolno mi się popłakać), „wcale mi nie jest przykro, tylko muszę do kogoś zadzwonić”, (jak szybko odwrócę swoją i cudzą uwagę, to nikt się nie zorientuje jak bardzo mnie to zabolało), „nie jestem rozczarowany, tylko lubię, jak ludzie dotrzymują słowa” (nie chodzi o moje uczucia, których nie kontroluję, tylko o moje zasady, które kontroluję). Bywa też, że ktoś utożsamia się ze swoimi emocjami, wyolbrzymia je i nazywa swoimi potrzebami, żeby usprawiedliwić zmuszanie innych ludzi do zajęcia się nimi.
W każdym przypadku brak precyzyjnego nazwania konkretnej emocji powoduje, że nas ona nie opuszcza; wyciszona czeka tylko na odpowiedni wyzwalacz, żeby znowu pojawić się z jeszcze większą intensywnością.
Umiejętność uświadomienia sobie własnych myśli i emocji oraz umiejętność precyzyjnego ich nazwania otwierają drzwi do zmiany. To jak odgadnięcie hasła do umysłu, aby go przeprogramować. Jak każde inne, te umiejętności można wytrenować, i w tym pomaga psycholog czy terapeuta. Ale tylko jeśli wierzymy, że jesteśmy przyczyną i skutkiem, projektorem wyświetlającym swoje życie – bo jeśli odmawiamy uznania tego faktu, sami zamykamy sobie drzwi do zmiany.
Irvin Yalom, amerykański psychiatra i psychoterapeuta, ujął to tak: „Dopóki pacjenci trwają w przekonaniu, że ich podstawowe problemy wynikają z czegoś, nad czym nie mają kontroli – z działań innych ludzi, słabych nerwów, niesprawiedliwości społecznej, genów – my, terapeuci, mamy ograniczone możliwości pomocy. Możemy współczuć, sugerować bardziej adaptacyjne metody reagowania na ataki ze strony świata i niesprawiedliwości życia; możemy pomagać pacjentom osiągnąć spokój lub uczyć ich skuteczniej zmieniać otoczenie. Jeśli jednak mamy nadzieję na bardziej znaczącą zmianę terapeutyczną, musimy zachęcać naszych pacjentów, by podjęli odpowiedzialność – to znaczy, by uznali swój udział we własnym nieszczęściu.”
Zachęcam