KONFRONTACJA I ZAUFANIE

PRZEPŁYW
Jesteśmy jednością psychofizyczną: kiedy przepracowujemy trudne stare emocje, uwalniamy napięcia z ciała; kiedy pracujemy z ciałem, uruchamiamy zapisane w nim emocje. To, w którym kierunku pracujemy nad problemem, zależy od indywidualnych preferencji. Zazwyczaj ta część naszego „ja”, która została mniej zraniona, staje się furtką do tej bardziej zranionej, niedostępnej dla miłości bezpośrednio. Mówiąc inaczej, jako przewodnika używamy tej części siebie, z którą mamy lepszy kontakt. Jedni uświadamiają sobie każdy dyskomfort w ciele, ale przywykają do dyskomfortu emocjonalnego jako standardu, inni odwrotnie – uczą się nie zwracać uwagi na dyskomfort fizyczny, ale ich świadomość wychwytuje, rejestruje i nazywa każdą pojawiającą się emocję. W obu przypadkach chodzi o to samo – o uświadomienie sobie dyskomfortu i odczytanie informacji, którą przynosi, niezależnie od tego, czy jest to napięcie mięśni, ból, utrwalona dolegliwość fizyczna, czy spięcie wewnętrzne, silna emocja, stałe zaburzenie dobrostanu psychicznego. Uzdrawiając ciało, uzdrawiamy psychikę, uzdrawiając emocje, uzdrawiamy ciało.

BLOKADY
Zapisy umysłu z pierwszych lat życia podlegają generalizacji – jeśli musieliśmy walczyć ze swoimi opiekunami o siebie, walczymy później o to nie tylko z innymi ludźmi, ale z jakąś częścią siebie. Jeśli zamykaliśmy się w samoobronie przed brakiem zrozumienia rodziców, potem automatycznie zamykamy się przed innymi, ale i przed jakąś częścią siebie.
Jeśli walczymy z kawałkiem siebie, albo odcinamy część siebie, wykluczamy fragment swojego „ja” z procesu uzdrowienia.
Jeśli zatem istnieje jakaś blokada, która nie pozwala na przepływ leczącej energii przez wszystkie części „ja”, proces się zatrzymuje. Stąd czasem bywa, że leczenie ciała nie przynosi efektów, bo blokuje je psychika, która nie zgadza się na przyjęcie uzdrowienia; a czasem można otworzyć czucie emocjonalne tylko do granicy, na którą pozwala blokada w ciele.

PRZYCZYNA
Im później w życiu dziecka następują trudne doświadczenia interpretowane jako odrzucenie czy utrata miłości, tym łatwiej może sobie z nimi poradzić, bo jest bardziej świadome. Im wcześniejsze są to doświadczenia (czyli nienazwane, niewerbalne), tym trudniej jest namierzyć, nazwać i uwolnić problem.
Mówię tu o częstej traumie wczesnodziecięcej, kiedy dziecko nie jest w stanie komunikować się efektywnie z otoczeniem, a otoczenie nie odpowiada empatycznie na jego potrzeby. Dziecko sygnalizuje płaczem swój dyskomfort, ale to od opiekunów zależy, czy jego potrzeby zostaną zaspokojone. O ile rodzice zazwyczaj domyślają się, że może być głodne czy mokre, o tyle nie zawsze są w stanie zrozumieć potrzebę fizycznej bliskości, namacalnej obecności („wsparcia emocjonalnego”), a tym bardziej nie zawsze są w stanie zaradzić np. bólowi wynikającemu z problemów z trawieniem, infekcji czy choroby. Nieobecność matki (zarówno fizyczna i emocjonalna), stałe negatywne emocje przejawiane przez rodziców (złość i gniew, ale też lęk o zdrowie i bezpieczeństwo dziecka), nieprzewidywalność zachowań opiekunów powodują u dziecka lęk, który nie ma nazwy ani konkretnego źródła, ale staje się jego pierwszą wiedzą o świecie. Jeśli doświadcza opuszczenia, to jego drugim imieniem staje się osamotnienie; jeśli doświadcza nieżyczliwego traktowania, „staje się” brakiem wiary w siebie; jeśli doświadcza cierpienia, zostaje naznaczone bólem i słabością. To nasza pierwsza wiedza o świecie i o nas samych, zapisana bardzo głęboko, utożsamiona z „ja” jak nadane nam imię.
To pierwsze doświadczenie decyduje, czy uważamy świat za godny zaufania, życzliwy, opiekuńczy, zaspokajający nasze potrzeby, słowem – wspierający, czy wręcz przeciwnie, za nieprzyjazny, nieczuły na nasze potrzeby, wymagający od nas ciągłej walki lub dostosowania się w samoobronie.

SYGNAŁ
Tę pierwszą wiedzę reprezentuje uczucie, które pojawia się w momentach, kiedy nie jesteśmy czymś zajęci i nie odczuwamy bieżących emocji w reakcji na otoczenie, czyli wtedy, kiedy jesteśmy ze sobą sam na sam. Wielu ludzi czuje wtedy niezrozumiały, „pochodzący znikąd” dyskomfort: lęk, który przyciąga obrazy z przykrych życiowych doświadczeń, wyzwalające smutek, żal, gniew i inne negatywne emocje. Najczęściej odruchowo uciekamy wtedy od siebie w coś, co szybko zmieni nasz stan umysłu: głośne towarzystwo, używki, pracę bądź inne „zagłuszacze”.
Ten zapis nie ujawnia się jednak po to, żeby nas dręczyć, tylko po to, żebyśmy przejęli kontrolę nad swoim życiem. To najwcześniejsze „nagranie” jest bowiem paradoksalnie naszym automatycznym przeznaczeniem, samospełniającą się przepowiednią, która odtwarza coraz silniej to pierwsze traumatyczne uczucie. Opuszczenie przyciąga coraz więcej izolacji i samotności, brak bliskości tworzy coraz większy dystans i zamknięcie w sobie, ból przeradza się w stałe cierpienie. To nie geny tworzą nasze choroby i życiowe dramaty, tylko pierwsze lęki, które próbują nas zmusić do skontaktowania się z nimi. Jeśli będziemy tego unikać za wszelką cenę, powielające się doświadczenia podobnego typu doprowadzą nas do tamtego niemowlęcego stanu – bezradności, przerażenia, odrzucenia, poczucia krzywdy i cierpienia.

ROZWIĄZANIE
Jeśli zbierzemy się na odwagę, żeby posłuchać swojego serca, ciała i umysłu, one wspólnymi siłami opowiedzą nam historię, której nie możemy pamiętać. Serce podsyła nam emocje i uczucia, które mają nas naprowadzić na nasz pierwotny lęk; umysł podsuwa skorelowane z nimi obrazy; ciało wskazuje miejsca, w których zamieszkało to pierwsze traumatyczne uczucie.
Nieważne, od czego zaczniemy – czy łatwiej nam odczytać emocję, przypomnieć sobie obrazek czy namierzyć napięte, usztywnione czy obolałe miejsce w ciele; ważne, żeby ostatecznie wypuścić lęk ze wszystkich tych miejsc, ze wszystkich części siebie. Rozmasowanie konkretnego miejsca w ciele może spowodować niekontrolowany płacz, ale nienazwana emocja nie odejdzie na stałe; odkryte wspomnienie przez skojarzenie może wskazać miejsce w ciele, gdzie są przechowywane stare emocje, ale ich nie uwolni bez szczególnego wsparcia tego obszaru.
Jeśli słuchamy wszystkich części siebie, namierzymy problem; jeśli akceptujemy wszystkie części siebie, lecząca energia może przez nie przepłynąć, uwolnić zapisany w nich pierwotny lęk i tym samym zmienić nasze przeznaczenie: nie będzie nim już jakiś rodzaj cierpienia generowanego przez lęk, a radość i spełnienie towarzyszące miłości.

REFLEKSJA
Często słyszę zdanie „Starość się Panu Bogu nie udała”. A może my sami o tym decydujemy, wpuszczając Miłość do siebie lub nie, konfrontując się ze swoimi lękami i demonami lub nie? A może nasza starość to zwykła matematycznie logiczna konsekwencja tego, na ile udało nam się zaufać Miłości?
A może wszystko co nas spotyka przez całe życie to podpowiedzi co nas boli, jaki lęk schował się głęboko w nas? Może kiedy nie słuchamy, kiedy próbujemy ten lęk zagłuszyć, te podpowiedzi stają się coraz głośniejsze i boleśniejsze, próbując nas zawrócić z drogi przeznaczenia wytyczonej przez lęk? Może jeśli nie słuchamy i nie reagujemy, to po prostu wracamy do miejsca, z którego zaczęliśmy? Może brak możliwości samodzielnego poruszania się, a nawet komunikowania to powrót do uczucia bezsilności odczuwanego jako niemowlę? Może demencja to powrót do uczucia „nikt mnie nie rozumie, nie umiem się porozumieć”? Może brak wsparcia rodziny na starość to lustro lęku spowodowanego przez zaniedbania potrzeb w niemowlęctwie? Może poważne choroby jelit to próba przypomnienia niemowlęcych kolek, które wygenerowały zwątpienie w miłość? Może to wszystko spotyka nas nie po to, żeby nas ukarać, tylko po to, żebyśmy uwolnili się od lęku i odkryli w sobie Miłość, swój potencjał do tworzenia szczęścia?