KONTAKT ZE SOBĄ

Postawy i reakcje opiekunów w dzieciństwie nakładają filtry na naszą percepcję, nie tylko świata zewnętrznego, ale przede wszystkim wewnętrznego: na to, jak widzimy i czujemy siebie. Dlatego – choć każda ze sfer Ja nieustannie przesyła nam informacje – nie zawsze potrafimy je rejestrować i właściwie interpretować. Mówiąc metaforycznie, jedni z nas byli zmuszeni „ogłuchnąć” na siebie, żeby przetrwać w swojej rodzinie, drugim założono „aparat słuchowy”, mimo, że w rzeczywistości nie mieli problemów ze słuchem. W obu przypadkach – „niedosłyszenia” i „nadsłyszenia” – jest to jedyna wewnętrzna rzeczywistość jaką znamy, i nie bylibyśmy w stanie jej zmienić, gdyby nie głos duszy. Dusza próbuje się przez te ustawienia przebić i poprowadzić nas do naszej natury, do pierwotnych „fabrycznych” ustawień, do Miłości. Kontakt ze swoją duszą nazywamy świadomością; rozwija się ona przez dystans do tego, co myślimy i czujemy, przez świadome zarządzanie tym, czego doświadczyliśmy na wejściu. Naturą Miłości jest szczęście, więc językiem duszy jest czucie, ale rozumiane jako całościowe samopoczucie. To ono jest drogowskazem w podróży naszego życia.

Popularnym nieporozumieniem jest utożsamianie czucia z emocjami. Emocje to narzędzie, jakim umysł „oflagowuje” doświadczenia, jak wiadomości w poczcie. Im umysł jest mniej świadomy, bardziej „czarno-biały”, a doświadczenie zagrażające (czyli im jesteśmy młodsi), tym silniejszy jest to emocjonalne oznakowanie. Jeśli ugryzie nas pies, kiedy jesteśmy dorośli, będzie to doświadczenie na bazie wielu innych wcześniejszych pozytywnych spotkań z psami, więc oznaczenie emocją będzie umiarkowane – staniemy się bardziej czujni, widok psa będzie odtąd budził nasz niepokój, powodował ostrożność. Ale jeśli pies ugryzie nas we wczesnym dzieciństwie, kiedy nie mamy innych doświadczeń i nawet nie do końca rozumiemy, co mówią do nas dorośli, to samo zdarzenie zostanie zapisane jako krańcowo niebezpieczne. Na widok psa zaczniemy odczuwać głęboki lęk, a nawet panikę, rozwinie się fobia, która będzie trwać także w wieku dorosłym mimo obserwacji, że znakomita większość psów jest niegroźna, a nawet przyjacielska – dopóki nie damy sobie innego doświadczenia, które zneutralizuje to wcześniejsze.

Zatem: jeśli biegnie na nas wielki pies z wyszczerzonymi zębami, to emocja, którą czujemy w tym momencie to strach – prosi nas o szybkie działanie, o zapewnienie sobie bezpieczeństwa. Ta emocja pochodzi z tu i teraz, dlatego powinniśmy jej słuchać; umysł w ten sposób mobilizuje nas do działania, pilnuje naszego przetrwania. Jeśli jednak czujemy obezwładniające przerażenie na widok szczeniaczka (umysł rozpoznał psa), to emocja, którą czujemy, to lęk. Nie pochodzi ona z obecnej sytuacji, tylko z dawnego doświadczenia pogryzienia. Lęku nie należy słuchać, należy mu się przeciwstawić, w przeciwnym razie go utrwalimy i wzmocnimy. Umysł uczy się wyłącznie na doświadczeniu, więc to nasze działanie, nie samo myślenie, ma moc sprawczą. Jeśli uciekniemy przed szczeniakiem, umysł dostanie informację, że każdy, nawet najmniejszy pies jest śmiertelnie groźny, będzie nas więc coraz intensywniej ostrzegał przed psami. Jeśli wytrwamy mimo emocjonalnego dyskomfortu, umysł dostanie informację, że przeżyliśmy sytuację bez szwanku, zatem nie wszystkich psów należy się bać, i zmniejszy natężenie wysyłanego lęku. Ilekroć przeciwstawimy się staremu zapisowi, tylekroć jest on wyciszany, neutralizowany, aż zostanie całkowicie nadpisany.

Analogicznie: jeśli ktoś obiektywnie nas obraża, używając wulgarnych słów, to pojawiająca się w nas złość prosi o zewnętrzne ustalenie granic, o zwiększenie dystansu do tego człowieka. Jeśli jednak czujemy złość, bo nadinterpretujemy czyjeś neutralne stwierdzenie, to emocja nie dotyczy nikogo na zewnątrz, tylko naszego własnego dziecięcego zranienia, pochodzi stamtąd; prosi o danie sobie zrozumienia, o ustalenie nowych wewnętrznych granic, weryfikację przekonań. Działania na zewnątrz zaprowadzą nas jedynie do pojawiania się tej samej informacji kolejny i kolejny raz – życie jest bardzo cierpliwym nauczycielem.

Na tych przykładach widać wyraźnie, że kierowanie się samą emocją bez zrozumienia jej źródła prowadzi donikąd, do coraz większego chaosu i lęku, do gorszego samopoczucia. W ten sposób tylko odtwarzamy to, co mamy zapisane w swojej historii, nie rozróżniając kontekstu, jak zaprogramowane roboty.

Czucie z poziomu duszy to nie emocje; to głos kontaktu ze sobą i otoczeniem na poziomie świadomego umysłu: zobacz, to szczeniak, ledwie sam stoi, nie może ci zrobić krzywdy, wybierz świadomie, ponad nieaktualną emocją ze starego zapisu. Albo: ochłoń, przyjrzyj się z boku, czy rzeczywiście ktoś chciał ci ubliżyć, czy to twoja nadwrażliwość z powodu dziecięcych doświadczeń. Ilekroć wykazujemy emocjonalną nadreakcję, tylekroć możemy być pewni, że odczuwana emocja nie pochodzi z tu i teraz, tylko z czasów, kiedy byliśmy całkowicie zależni i bezbronni – z dzieciństwa. To tam dostaliśmy czegoś za mało albo za dużo i nie mieliśmy na to wpływu, a zinterpretowaliśmy to przeciwko sobie. Teraz jednak możemy to świadomie przeprogramować, dystansując się do swoich starych zapisów i wybierając to, co sprawia, że na stałe czujemy się ze sobą dobrze, coraz lepiej. Jest to całkowicie możliwe, wymaga to jednak kontaktu ze swoimi emocjami bez utożsamiania się z nimi. Świadomość to kontakt ze swoim prawdziwym Ja ponad zapisami umysłu oflagowanymi emocjami.

Podobnie sprawa ma się z samym umysłem, czyli treścią naszych myśli i sposobem, w jaki umysł nauczył się działać, na czym nauczył się skupiać, co wyszukiwać – czyli jego filtrami. Od swoich opiekunów oprócz przekonań na własny temat nieświadomie przejmujemy również wyobrażenia, jakie powinno być życie, np. granice tego, co wypada, podejście do pieniędzy, schematy relacji, stosunek do ryzyka itp. Trudniej je zauważyć, bo nie zaczynają się od wyraźnego samoograniczenia („nie mogę”, „nie jestem w stanie”, „nie dam rady”, „nie potrafię”), są zapisane głębiej, jako „wiedza” o świecie: „zawsze tak było”, „wszyscy tak robią”, „każdy to wie”, „tak już jest”. Bardzo często całe życie realizujemy zasady, których świadomie nie wybraliśmy. Tu właśnie wkracza (samopo)czucie. Jeśli je sprawdzamy, jeśli jest naszym priorytetem, to szybko zaczniemy zadawać sobie pytania: „czy to jest moje?”, „czy mi to służy?”, „czy prowadzi mnie to tam, gdzie chcę dojść?”. Odpowiedzi pozwolą nam na świadomą selekcję tego, co chcemy zatrzymać od tego, czemu pozwolimy odejść, bo stało się dla nas nieaktualne, nie spełnia swojej roli, nie poprawia nam samopoczucia.

Kontakt z duszą to kontakt z każdą częścią siebie, bez wyjątku, także kontakt ze swoim ciałem. Dobre samopoczucie fizyczne mówi nam, że jesteśmy w kontakcie ze swoimi prawdziwymi potrzebami i właściwie na nie reagujemy. Złe samopoczucie fizyczne próbuje nam powiedzieć, że kierujemy się filtrami pochodzącymi z wychowania i socjalizacji, co powoduje, że lekceważymy albo wyolbrzymiamy potrzeby ciała. Fałszywe przekonania i pilnujące ich emocje każą nam nadmiernie eksploatować ciało, co je wyczerpuje, lub nadmiernie je rozpieszczać, co je wydelikaca i osłabia, unieruchamia.

Jedno i drugie pochodzi z nieświadomego założenia, że używamy ciała, żeby osiągnąć jakiś emocjonalny cel – zarobić pieniądze, żeby być „kimś”; mieć towarzystwo; zasłużyć wysiłkiem na uznanie, docenienie, aprobatę, osiągnąć sukces; lub przeciwnie – skupić na sobie uwagę swoją słabością, wymusić pomoc, współczucie, życzliwość. Oba te schematy dzieli tylko jedna różnica: nadużywamy ciała wbrew jego potrzebom tam, gdzie uwierzyliśmy, że jesteśmy (nieprzeciętnie) silni i nie używamy ciała wbrew jego potrzebom tam, gdzie uwierzyliśmy, że jesteśmy (zbyt) słabi. Do pewnego momentu jesteśmy w stanie realizować te scenariusze umysłu, bo to trochę tak jakbyśmy od początku byli przyzwyczajeni do jazdy na rowerze, który ma dwie kierownice i jedno koło. Ale tak jak każdy rosnący kredyt osiąga kiedyś moment, w którym staje się niespłacalny, tak i energetycznie działając wbrew swojej naturze dochodzimy do momentu krytycznego. Wcześniej czy później kondycja ciała wystawi nam rachunek, wyświetli klarowny bilans na ile słuchamy siebie, a na ile założeń swojego niekontrolowanego umysłu.

Dusza próbuje przebić się przez nasze filtry za pomocą samopoczucia: spadku energii, zmęczenia, dolegliwości. Kieruje naszą uwagę na miejsca, które fizycznie potrzebują naszego wsparcia, naszej miłości, i jednocześnie symbolicznie zdradzają swoje emocjonalne podłoże. Dusza/świadomość/samopoczucie prowadzi nas do zrozumienia swoich prawdziwych potrzeb i do zmiany rujnujących nas założeń czy przekonań. Zazwyczaj nie słuchamy swojego fizycznego czucia, bo takie mamy wzorce, bo „inaczej się nie da/nie potrafię”, „wszyscy tak robią”, „tylko to mi daje jakąś satysfakcję/przyjemność/uwagę innych” (spełnia emocjonalny cel). Bierzemy tabletkę, złościmy się na swoje ciało i… przyciskamy mocniej, albo odpuszczamy jeszcze bardziej.

Czucie prosi nas o zauważenie, uznanie tego co jest, bez oceniania, i podjęcie działania w kierunku prawdziwej, stałej poprawy samopoczucia. Jeśli ciało mówi, że jest zmęczone, to prosi o pomoc w regeneracji  bez względu na to, czy umysł zatwierdza to zmęczenie („mam prawo być zmęczona/y”) czy nie („przecież nie zrobiłam/em nawet połowy tego, co zaplanowałam/em”, „przecież muszę się z tym wyrobić do jutra”). Jeśli ciało mówi, że mimo braku wysiłku nie ma energii, to prosi o inny niż dotychczasowy sposób ładowania, bez względu na to, czy emocje się z tym zgadzają czy nie, broniąc jakiegoś wymuszającego uwagę schematu.

Bardzo często samo nazwanie odczucia płynącego z ciała robi połowę roboty, jest jak wysłuchanie ze wsparciem czyjegoś problemu – nawet jeśli na ten moment nie wiemy jak pomóc. Badania pokazują, że rozmowa z ciałem działa tak samo skutecznie jak suplementacja. Ciało wie, jak się leczyć i utrzymać w dobrym stanie, ale potrzebuje naszego pozwolenia; nie może działać wbrew nam, wbrew jakieś innej części naszego Ja – wbrew przekonaniom, emocjom czy przyjętym wartościom. Czasami ciało cierpi, bo bierzemy na siebie odpowiedzialność za innych, niesiemy ich ciężary; czasami cierpi, bo traktujemy je jak eksperyment ile jeszcze wytrzyma; czasami cierpi, bo krzyczy skumulowanymi wewnątrz emocjami; a czasami dlatego, że nieświadomie uznaliśmy cierpienie za konieczne, uszlachetniające, czyniące z nas lepszych ludzi.

Podsumowując – krytyczne, oceniające myśli, negatywne emocje i dysfunkcje ciała to informacje, że nie zarządzamy świadomie swoim samopoczuciem, że nie słuchamy głosu swojej duszy, słuchamy scenariuszy umysłu, stworzonych na podstawie losowych skojarzeń.

Fałszywe przekonania (schematy, filtry) można poznać po tym, że tworzą negatywne samopoczucie (mimo że często najpierw powodują pozytywne emocje). Nieuświadomione negatywne emocje jak kulki niskowibrującej energii zalegają w ciele zakłócając przepływ energii, obniżając jej poziom. Konflikty emocjonalne wpływają z kolei na kontakt z ciałem – na percepcje jego potrzeb, na samopoczucie fizyczne.

Skierowanie uwagi do wewnątrz, na swoje samopoczucie, rozwija nasz kontakt z własną duszą. Rozwija świadomość, wrażliwość na własne czucie, na informacje z poziomu duszy, w jej języku. Im silniej czujemy ten kontakt ze swoim prawdziwym Ja, z Miłością, tym trudniej jest nam zgodzić się na złe samopoczucie: na bycie krzywdzonym i na krzywdzenie innych. Im bardziej identyfikujemy się ze swoim duchowym Ja, tym silniej kierujemy się świadomie wybranymi wartościami reprezentującymi to duchowe Ja – jak równość, poczucie jedności, autentyczność, godność, poczucie mocy tworzenia. To kieruje naszymi wyborami i kreowaniem wokół siebie świata coraz bogatszego w to, co zwrotnie podtrzymuje nasze dobre samopoczucie i prowadzi nas ku szczęściu. Powoduje pielęgnowanie w sobie życzliwości, szczerości, otwartości, lojalności, empatii, radości, wdzięczności, harmonii, wewnętrznego spokoju – bo wtedy czujemy się ze sobą dobrze. Tworząc i rozwijając to w sobie, naturalnie przyciągamy tych, którzy mają to samo dla nas. 

Obarczając innych odpowiedzialnością za swoje samopoczucie lub uznając cierpienie za konieczne, zamykamy sobie drogę do szczęścia, odrzucamy głos duszy. Szczęście to wybór (a raczej suma wyborów) dobrego samopoczucia na wszystkich poziomach swojego Ja; pominięcie któregoś z nich zmienia kurs całości. Można ekstremalnie dbać o ciało, a stres i tak jest w stanie wytworzyć nowotwór. Można inwestować w wiedzę, a rozpadać się emocjonalnie. Można kontrolować emocje i krzywdzić innych. Można działać z poziomu miłości i równości, a zniszczyć własne ciało. I chyba ta lekcja jest dla nas, ludzi, najtrudniejsza: że żadna kompensacja nie działa. Lęk doświadczony w dzieciństwie każe nam szukać zastępników, handlować, wymieniać, szukać namiastek, obejść – a Miłość cierpliwie pokazuje nam, że nie tylko nikogo nie wyklucza, ale też nie wyklucza żadnej, najmniejszej części wewnątrz każdego z nas. Możemy wierzyć w to, czego doświadczyliśmy poprzez niedoskonałą miłość rodzicielską – że musimy oddać kawałek siebie w zamian za miłość (brak boskiej kary), albo możemy wierzyć, że istnieje siła wyższa, która kocha nas miłością doskonałą, dokładnie takimi, jakimi jesteśmy, i uczy nas tego samego; uczy nas wpuszczać ją do każdego zakątka siebie. Nie zmusza nas i nie karze – szanuje nasz poziom dojrzałości, nasze tempo, nasze ograniczenia, jak rodzic cierpliwie pomagający dziecku w nauce chodzenia.  Zachęca nas głosem duszy, głosem czucia, ale daje nam wolną wolę, na ile chcemy z niego skorzystać.