Wrażliwość to uważność na sygnały ze świata wewnętrznego i ze świata zewnętrznego, czyli na własne potrzeby w kontekście potrzeb innych ludzi.
Ogólny poziom wrażliwości przynosimy ze sobą na świat, jest jedną z naszych cech, jak zdolności plastyczne, predyspozycje do jakiegoś sportu, temperament czy odporność na choroby. I jak każdą inną cechę, wrażliwość można stłumić lub wytrenować w procesie wychowania. Nie tak rzadko zdarza się, że ktoś ze słabszymi predyspozycjami, ale lepszą samodyscypliną osiąga lepsze wyniki niż osoba wysoce utalentowana, ale niezmotywowana do wysiłku czy niewłaściwie sobą zarządzająca. Liczą się i karty, które dostajemy na wejściu, i umiejętność grania nimi. Jednakowo ważna jest i nasza wewnętrzna misja, i środowisko, w jakim dorastamy; poziom utalentowania i praca włożona w rozwój swojego daru. Dlatego porównywanie się do innych nie ma sensu, bo każdy z nas dostał odmienny – jak linie papilarne – zestaw narzędzi do samorealizacji.
Ta samorealizacja staje się jednak bardzo utrudniona, kiedy w jednych obszarach stajemy się nadwrażliwi, a w innych niewrażliwi. Żeby wrażliwość stała się naszym przewodnikiem, a nie wrogiem, potrzebujemy nauczyć się jej ufać, wpuszczać ją do całego swojego ja. Oznacza to, że musimy świadomie zanegować te dziecięce przekonania na temat swojej wrażliwości, które powstały ze zranień, i te przekonania, które powstały, żeby te zranienia chronić, kompensować. Jedne i drugie – nasza słaba i silna strona – pilnują naszego wizerunku, pancerza, który ma nas chronić przed kolejnymi zranieniami; ale nie służą one naszemu prawdziwemu ja, autentyczności, samorozwojowi i stałemu dobremu samopoczuciu.
Zobaczmy to na bardzo uproszczonym obrazku: idziemy z kimś na wycieczkę, w połowie trasy głodniejemy, mamy tylko jedną kanapkę. Ktoś nadwrażliwy na swoje potrzeby fizyczne („nie zniosę głodu”) zje kanapkę, nawet nie zastanawiając się, czy ta druga osoba będzie miała siły iść dalej, czy nie jest np. cukrzykiem. Ktoś nadwrażliwy emocjonalnie na cudze potrzeby („nie zniosę cudzej krzywdy”) odda swoją kanapkę drugiej osobie, bez namysłu ryzykując własne zasłabnięcie. Każdy, kto patrzy na tę sytuację z boku powie, że przecież można podzielić się kanapką, zaspokoić obie potrzeby obu stron – tak, jeśli zachowujemy równowagę między wrażliwością na siebie i na innych, na sygnały z wewnętrz i zewnątrz. Dopóki mamy swoje filtry, widzimy tylko część informacji, reagujemy tylko na wybrane bodźce – tak, jak nasz umysł został wytrenowany w dzieciństwie.
WRAŻLIWOŚĆ NA SYGNAŁY Z CIAŁA.
Kiedy małe dziecko się przewróci i lekko uderzy, najpierw patrzy na rodziców, sprawdzając ich reakcję. Jeśli opiekunowie uśmiechają się, każą mu się otrzepać i biec dalej, dziecko zapisuje to wydarzenie jak „nic takiego”. Jeśli opiekunowie biegną przerażeni, zastanawiają się, czy nie trzeba jechać do szpitala, robią dziecku wyrzuty za nieuwagę i narażenie się na niebezpieczeństwo, jego umysł nadaje temu samemu wydarzeniu bardzo wysoką istotność. Odczuwamy ból podobnie, ale jedni uczą się go wytrzymywać i oswajać, innych paraliżuje i obezwładnia, doprowadza do paniki i omdlenia; bo jedni byli uczeni kontrolowania swoich reakcji, a inni zachęcani do intensyfikowania ich i bezrefleksyjnego zanurzania się w nich. Jedni tłumią sygnał, drudzy odczytują i reagują na niego, inni pomnażają jego energię bez zrozumienia jego informacji i bez podejmowania działania, o które ten sygnał prosi.
Wszyscy mamy taką rodzicielską „nakładkę” nałożoną na swoje czucie, nie tylko w kwestii odczuwania bólu, ale także głodu, pragnienia, potrzeb fizjologicznych, dotyku, aktywności ruchowej czy odpoczynku. Generalizując można powiedzieć, że nie zauważamy swoich potrzeb tam, gdzie wzięli za nie odpowiedzialność rodzice; tłumimy i lekceważymy je tam, gdzie ich wyrażanie spotykało się z dezaprobatą; nadmiarowo realizujemy te, na które opiekunowie zwracali pozytywną uwagę.
Zdrowa wrażliwość fizyczna pozwala nam na uzyskanie prawdziwych informacji z ciała: że potrzebuje ono zasilania, odpoczynku, aktywności czy wsparcia w regeneracji. Odpowiadając z miłością na te potrzeby tworzymy taki kontakt z ciałem, który pozwala na utrzymanie go w stanie zdrowia i sprawności niezależnie od wieku. (Tak – z miłością: „czego ode mnie teraz potrzebujesz kochane ciało?”, nie – „nie obchodzi mnie czego chcesz, uciszę cię tabletką, masz mi służyć!”). Nawiasem mówiąc, odkryto, że mówienie do swojego ciała z troską ma podobny wpływ na zdrowie jak zażywanie suplementów.
Tu jednak sytuacja zaczyna się komplikować, bo jeśli wrażliwość na sygnały fizyczne jest silniejsza niż wrażliwość na sygnały emocjonalne, to możemy czuć potrzebę jedzenia zamiast stłumionej potrzeby wsparcia; potrzebę seksu zamiast potrzeby psychicznej bliskości; potrzebę testowania siły fizycznej zamiast rozwijania dojrzałości emocjonalnej; potrzebę odurzania się zamiast potrzeby wglądu i rozwiązania swoich wewnętrznych konfliktów.
WRAŻLIWOŚĆ NA SYGNAŁY EMOCJONALNE.
Każdy z nas potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, wsparcia, szacunku, ważności. Dziecko wie, że jest kochane, kiedy czuje się fizycznie i emocjonalnie bezpiecznie w swojej rodzinie; kiedy może liczyć na bliskość, zrozumienie, poszanowanie swojej indywidualności; kiedy czuje się ważne, kiedy jego potrzeby i emocje są traktowane na równi z potrzebami i emocjami innych ludzi. W takich warunkach zachowuje zdrową wrażliwość na swoje potrzeby emocjonalne i uczy się zarządzać sobą tak, aby je zaspokajać.
Każdy jednak rodzicielski nadmiar opieki tworzy bezradność, brak krytycyzmu i uzależnienie od innych w danym obszarze; każdy niedostatek wytwarza zranienie. Każde uzależnienie i każde zranienie powołuje do życia jakiś mechanizm obronny, pancerz chroniący bolące miejsce. Tym samym zamiast zdrowego samorozwoju mamy tendencję do podejmowania bezsensownego ryzyka albo lękowo zatrzaskujemy w strefie komfortu. Zamiast otwartości wykazujemy ekshibicjonizm albo izolujemy się od innych. Zamiast relacji opartych na równości tworzymy układy, w których dominujemy albo się podporządkowujemy. Stajemy się nadwrażliwi w obszarach zranień („słabej strony”) – nawykowo wciskamy tam hamulec zanim cokolwiek się wydarzy; i stajemy się niewrażliwi w obszarach wytworzonego „pancerza” kontroli („mocnej strony”), gdzie na sygnał „stop” wciskamy gaz do podłogi.
Zazwyczaj nikt nas nie uczy nazywania, rozumienia i komunikowania emocji, więc najczęściej wszelkimi sposobami próbujemy po prostu nie czuć, zablokować wrażliwość w tym obszarze. Umysł albo przerzuca ją wtedy na inne sfery, albo wyrzuca ją na zewnątrz – na pracę, na innych ludzi, albo każe nam ją stłumić za pomocą używek czy leków.
WRAŻLIWOŚĆ INTELEKTUALNA.
Podczas rozwoju świadomego umysłu dzieckouczy się skupiać uwagę na tym, co jest ważne do funkcjonowania w danej rodzinie, w danym środowisku. Jedni uczą się wtedy skupiać na słowach w oderwaniu od innych, niewerbalnych informacji; drudzy doświadczają sprzeczności w słowach i zachowaniu opiekunów, więc skupiają się na wyszukiwaniu danych pozasłownych: znaczenia mimiki, gestów, sekwencji zdarzeń. Jedni polegają na twardej wiedzy, drudzy na intuicyjnym łączeniu faktów i wyciąganiu własnych wniosków.
Tam, gdzie zostaje skierowana uwaga dziecka, rozwija się wrażliwość.
W atmosferze bezpieczeństwa i akceptacji może się ona rozwijać różnorodnie, w zależności od bieżącego doświadczenia i potrzeb. Kiedy rodzic nagradza uwagą, zainteresowaniem, zachwytem wiedzę dziecka, ono trenuje ciekawość poznawczą, zapamiętuje fakty, słowa, informacje; kiedy opiekun nagradza spryt i pomysłowość, dziecko uczy się kreatywności, łączenia faktów; kiedy nagradza posłuszeństwo i naśladownictwo, dziecko uczy się powielać wzorce; kiedy nagradza indywidualność, dziecko trenuje wychodzenie poza schematy.
Kiedy jednak dziecko żyje w ciągłym niepokoju czy lęku przed odrzuceniem, jego umysł rzuca wszystkie siły tam, gdzie to konieczne do przetrwania. Kiedy rodzic wymaga, a nie daje informacji, umysł dziecka rozpaczliwie szuka wskazówek w szerszym kontekście, staje się lękowo spostrzegawczy; kiedy rodzic jest niestabilny emocjonalnie lub przemocowy, umysł dziecka próbuje przewidzieć zagrożenie z wyprzedzeniem, stale skanuje otoczenie, staje się nadwrażliwie czujny, przewidujący konsekwencje niczym jasnowidz.
W ten sposób, w zależności od wczesnodziecięcego doświadczenia, w odpowiedzi na zachowania opiekunów stajemy się intelektualnie nadwrażliwi na pewien rodzaj informacji i zupełnie niewrażliwi na inny. Pewne rzeczy zauważamy i zapamiętujemy odruchowo, nawykowo, inne omijamy lub zapominamy jakby nie istniały. Ma to konsekwencje dla tworzenia obrazu siebie: jedni starają się poskładać swoje ja z nabytych doświadczeń jak obrazek z puzzli, drudzy starają się być jak najbardziej bezkształtni, żeby dopasować się do zmieniającego się wciąż otoczenia. Tym samym wrażliwość intelektualna wpływa na sferę duchową, decydując o postrzeganiu wartości: dla jednych są to świadomie wybrane drogowskazy – „puzzle” – w tworzeniu siebie, dla drugich nieistotne hasła pomagające w manipulowaniu innymi w zależności od odczuwanych emocji. W rezultacie jedni żyją w bardzo konkretnym, przewidywalnym modelu świata, drudzy tworzą ten świat od początku w każdej nowej rozmowie, jakby wcześniej nic nie istniało, jakby wcześniejszą rzeczywistość znikała niczym przełączane kanały w TV. Komunikacja między takimi skrajnie odmiennie intelektualnie i emocjonalnie funkcjonującymi osobami jest jak próba porozumienia w dwóch różnych językach.
WRAŻLIWOŚĆ DUCHOWA.
Uwaga rodziców formuje naszą wrażliwość w aspekcie fizycznym, emocjonalnym i intelektualnym. Trenuje jedne sfery naszego ja kosztem innych, kompensuje potencjalne niedostatki wyćwiczonym nadmiarem. W ten sposób nieświadomie zapisują się w nas etykietujące przekonania: „jestem głupi, ale silny”, „jestem głupia, ale ładna”, „jestem niedojrzały emocjonalnie, ale zabawny”, „jestem złośnicą i histeryczką, ale umiem świetnie gotować”, „jestem agresywny, ale potrafię być duszą towarzystwa”, „jestem przeciętna we wszystkim, ale opiekuńcza”, „jestem nieatrakcyjny/a, ale umiem zarabiać pieniądze” itd., itp. Większość mężczyzn jest „niewrażliwa emocjonalnie”, bo w dzieciństwie nałożono im blokadę wstydu za odczuwanie emocji jako rodowy przepis na bycie „męskim”, silnym. Większość kobiet jest „niewrażliwa fizycznie”, bo odziedziczyła wzorzec blokady odczuwania potrzeb ciała pozwalający poświęcać się dla innych bez reszty, bez odpoczynku, bez dbania o siebie.
Wrażliwość duchowa nakłada na te przekonania kolejny, własny filtr: równości i jedności, czyli empatii. Im silniej potrzeby i emocje dziecka były stawiane na pierwszym miejscu bez kontekstu potrzeb i emocji opiekunów, tym mniej wykształca się u niego wrażliwość na innych ludzi, na otoczenie, na wspólnotę. Im dłużej dziecko pozostawało w jakimś obszarze zależne od wsparcia innych (ich kosztem), tym bardziej staje się niezahartowane i czuje się bezradnym dorosłym. Im bardziej ktoś czuje się bezradny, tym bardziej czuje się zagrożony. Im bardziej czuje się zagrożony, tym bardziej żyje w trybie przetrwania „albo ja, albo ty”, jak na wojnie – możesz zabić albo zostać zabitym. Nie pozwala to na tworzenie satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi, bo bazuje na życiu ich kosztem (materialnie, intelektualnie czy emocjonalnie).
Zdrowa wrażliwość duchowa prowadzi do rozpoznania, że jesteśmy jednością, i cokolwiek robimy innym, robimy sobie, a cokolwiek robimy sobie, robimy innym.
Kiedy wszyscy sprzątamy po sobie, wszyscy żyjemy w porządku i harmonii, w czystym środowisku. Kiedy nawzajem wspieramy swoją indywidualność, korzystamy z tego, że ktoś lubi piec, a ktoś inny liczyć czy tworzyć sztukę; że ktoś umie tworzyć wynalazki, a ktoś prowadzić pojazdy – bo nie musimy wszystkiego robić sami. Kiedy emocjonalnie uderzamy w kogoś, te emocje pomnożone wracają do nas jak bumerang; kiedy nawzajem emocjonalnie się wspieramy, rozkwitamy – nie ktoś kosztem kogoś, wszyscy, bo żyjemy w tym samym polu energetycznym, tak jak oddychamy tym samym powietrzem. Każdy z nas jest jak słup podtrzymujący trakcję energetyczną: wbrew społecznej moralności nie ma znaczenia, czy podkopujemy cudzy czy własny – jeśli którykolwiek się zawali, zrywa całe połączenie.
Dopóki wierzymy w swoje etykietki, utożsamiamy się z tym, jak oceniają nas inni ludzie; pozwalamy, żeby filtry ich umysłów nadawały nam tożsamość. Kiedy rozumiemy, że filtry naszych opiekunów ukształtowały potencjał naszej wrażliwości w niepowtarzalny sposób, zyskujemy współczucie dla swojego i cudzego trudnego dziecięcego doświadczenia, szacunek dla siebie i innych za wyczerpującą walkę z niewidzialnymi demonami – swoimi ograniczeniami, blokadami, poczuciem braku mocy. Wtedy możemy poczuć, że wszyscy nosimy w sobie zranienia powstałe na bazie niezrozumienia, że każdy z nas toczy wewnątrz swoją własną bitwę, a czasem nawet wojnę; że każde zwrócenie się przeciwko sobie, każda próba nakarmienia się cudzym kosztem jedynie nas osłabia – osłabia wspólne pole, osłabia wszystkich. Dlatego uzdrowienie swojej wrażliwości we wszystkich obszarach swojego ja jest podstawowym, a może jedynym naszym zadaniem na drodze do szczęścia. Zdrowa wrażliwość, równowaga własnej uważności na sygnały z wewnątrz i z zewnątrz jest nie tylko najlepszym życiowym kompasem, ale i światełkiem rozświetlającym cudzą ciemność. Cokolwiek tą wrażliwością dotkniemy na zewnątrz, dostaje impuls do zdrowienia, bez względu na to, jak głośno cudze pancerne ego protestuje. Rozumienie wyklucza ocenianie, a upadek oceniania i porównywania to zniszczenie źródła fałszywych przekonań na własny temat, zniszczenie wirusa tworzącego ego. Oznacza to zmianę paradygmatu z pozycji poczucia bycia społecznym produktem walczącym o przetrwanie na rynku („albo ja, albo ty”) na paradygmat z pozycji świadomości swojego połączenia z Wszechświatem („ja = ty = my”). Zabrzmiało to naukowo, Einstein ujął to prosto: „Najważniejszą decyzją, jaką podejmujemy, jest to, czy wierzymy, że żyjemy w przyjaznym czy wrogim Wszechświecie”. Doświadczenie uczy nas lęku, naszą naturą jest miłość. Wygra to, z czym się utożsamimy, bo przekonania są samospełniającą się przepowiednią.