Dziecięcy umysł nie ma wiedzy ani doświadczenia; uczy się poprzez skojarzenia. Czasami te skojarzenia są obiektywnie prawdziwe jak to, że ogień parzy, a czasami przypadkowe, np. że „jak zasypiam przy ulubionej bajce, to rano jest ładny, słoneczny dzień”. Jednym z takich fałszywych skojarzeń jest zapis o warunkowości miłości. Każde dziecko pragnie i potrzebuje być kochane, a kiedy rodzic reaguje pod wpływem swoich negatywnych emocji, ono nie czuje miłości. Stara się więc spowodować dobre samopoczucie opiekuna, żeby odzyskać poczucie bycia kochanym. Szybko zauważa, na jakie jego zachowanie rodzice reagują pozytywnie, nagradzająco. Stara się więc być takie, jakie im się podoba – posłuszne, zabawne, mądre, odważne; w ten sposób próbuje kontrolować rodzicielską miłość. Uczy się, że nie może być autentyczne, żeby było kochane. Uczy się, że miłość można kupić, wymusić, zapracować na nią wyrzeczeniami.
To nie tylko fałszywe, ale najbardziej szkodliwe z naszych przekonań, paradoksalnie trzymające prawdziwą miłość z dala od nas, z jednego prostego powodu: akceptacja może być warunkowa, ale miłość jest bezwarunkowa ze swojej natury. Możemy kogoś lubić za coś lub nie lubić, w zależności od czyjegoś zachowania; ale kochanie kogoś wbrew powszechnemu mniemaniu nie jest pojawiającą się i znikającą emocją, jest trwałą umiejętnością i postawą – albo potrafimy kochać, albo nie. Jeśli nie potrafimy, nikt i nic z zewnątrz tego nie zmieni – będziemy mili, kiedy nam się to opłaca, kiedy coś dostajemy w zamian, ale sprowokowani bezwzględnie uderzymy. Jeśli potrafimy kochać, to empatycznie rozumiemy siebie i innych do tego stopnia, że nie umiemy oceniać i krzywdzić, bez względu na to, co robi drugi człowiek. Co nie znaczy, że pozwalamy komuś oceniać i krzywdzić siebie, bo miłość obejmuje sobą wszystkich; w przeciwnym razie nie jest miłością. Miłość to umiejętność zobaczenia w drugim człowieku siebie, traktowanie cudzych potrzeb i emocji na równi z własnymi – to empatia, zrozumienie, poczucie równości i jedności z innymi. To, co nazywamy miłością w relacji to zauroczenie, zakochanie, różne rodzaje bliskości, przyjaźń – ale bez postawy miłości z obu stron to wszystko nie ma szans przetrwać, z czasem zamienia się w handlowy układ.
Nieświadomy fałszywy zapis o warunkowości miłości z dzieciństwa decyduje o tym, co i ile dostaniemy w dorosłym życiu. Umysł, bazując na tym przekonaniu, dostosowuje do niego swoje scenariusze, prowadząc nas nie tam, gdzie świadomie chcielibyśmy iść. Zaczyna się od tego, że wierzymy, że możemy czuć się szczęśliwi i kochani tylko pod pewnymi warunkami, za cenę swojej autentyczności. Wierzymy, że możemy dostawać tylko według zasług, za coś, jakby miłość była biznesowym układem. Co gorsza, wierzymy, że stać nas na miłość tylko w jakimś obszarze, w tym, co wytrenowaliśmy, do czego mamy predyspozycje, co jest naszą wizytówką – resztę siebie należy ukrywać tak długo jak się da, żeby nam tego nie zniszczyła. W relacjach godzimy się na wymiany „coś za coś”, na dodatek nierówne. Wierzymy, że możemy zapracować na miłość swoją silną stroną i że musimy się pogodzić z zależnością od innych w obszarze słabej strony. To tak, jakby jedna ręka w dzień budowała nadmiarowo, na wyścigi, nie dbając o to, czy fundamenty to wytrzymają, a druga w nocy niszczyła, uszkadzała, blokowała, tworzyła problemy. W obszarze swojej silnej strony przekraczamy granice i ryzykujemy bez zważania na dobro, po prostu sięgamy po coraz więcej w jednym wąskim zakresie; w obszarze słabej strony hamujemy, ograniczamy, wątpimy, podważamy to wszystko, psujemy. Dopóki jedna cześć nas robi krok do przodu, a druga do tyłu, nigdzie nie idziemy – kręcimy się w kole swojego schematu powstałego z przekonania o warunkowej miłości, o konieczności zasługiwania na miłość, o potrzebie bycia najlepszym, żeby zostać wybranym. Traktujemy siebie jak towar na sklepowej półce, bo takie doświadczenie fundują nam rodzice, szkoły, biznes, a nawet religie. Nic więc dziwnego, że nasz wewnętrzny konflikt stale się pogłębia – część nas walczy o miłość po trupach, a część nas w tę miłość nie potrafi uwierzyć.
Dopóki tkwią w nas konsekwencje przekonania o warunkowej miłości, wierzymy w dostawanie z powodu wyrzeczenia się siebie, swoich emocji i potrzeb, w dostawanie z powodu zasług i umiejętności generowanych przez silną stronę, i wątpimy, czy to się zdarzy z powodu niedoskonałości naszej słabej strony. Akceptujemy w sobie to, co akceptowali w nas opiekunowie, i nie akceptujemy tego, czego oni nie akceptowali. Dajemy sobie tyle miłości, ile dostawaliśmy, i tylko tam, gdzie ją dostawaliśmy, powielając to, co zapisał nasz umysł w pierwszych latach życia.
Dopiero kiedy silna strona („sam(a) dam radę to stworzyć za dwoje”) odpuści przymus działania, a słaba („dostanę od kogoś, bo nie mam i nie umiem stworzyć”) odpuści lęk przed brakiem, obie mogą się spotkać w nowym miejscu, gdzie silna nie weźmie kolejnego ciężaru i ograniczenia, a słaba nie obrazi się i nie podda jak dziecko; gdzie silna nauczy się bierności i uzna dostawanie, a słaba porzuci bierność i nauczy się tworzenia. Dopiero kiedy zniknie ten wewnętrzny podział stworzony z lęku przed utratą rodzicielskiej miłości w dzieciństwie, stajemy się na powrót sobą, odzyskujemy swoją autentyczność utraconą dla akceptacji opiekunów. Mówiąc inaczej – kiedy odważymy się przestać kontrolować miłość wyuczonym sposobem, stawiamy czoło swojemu największemu dziecięcemu lękowi. Jest to możliwe tylko z wiary, że miłość istnieje bezwarunkowo, jak w relacji troskliwego rodzica wobec krańcowo upośledzonego dziecka: ono nic nie może dać, a mimo to dostaje tak wiele – bezwarunkowo. Być może właśnie po to są wśród nas takie dzieci (i Nick Vujicic, i wszyscy, którzy „niezasłużenie” zostali czymś obdarowani przez los), żeby nam przypominać, że miłość to nie biznes, nie gra, nie konkurs.
Wiedza umysłu (w tym ten tekst) nie tworzy zmiany, tylko ją umożliwia, inspiruje do podjęcia działania, do stworzenia nowego doświadczenia. Zmiana przekonania o warunkowej miłości dokonuje się wtedy, kiedy uczymy się traktować samych siebie z bezwarunkową miłością – tą, której nie zaznaliśmy, dla której nie mamy wzorca. Umysł jej nie zna, bo jej nie doświadczył, ale czucie jest z nią połączone cały czas. Zamiast oceniająco dzielić swoje ja na część akceptowalną i nieakceptowalną, rozwiniętą i upośledzoną, możemy próbować zrozumieć siebie i zaopiekować się sobą zgodnie z bieżącymi potrzebami. Oznacza to, że życzliwie postawimy sobie granice w obszarze silnej strony i damy sobie wsparcie w obszarze słabej strony, żeby jak najczęściej czuć się dobrze, bez emocjonalnego „kaca”. Nie jest to łatwe, bo wymaga przeciwstawienia się starym zapisom w naszym umyśle: że lojalność wobec siebie kończy się odrzuceniem i że siła wyższa jest jak nasi rodzice. Te dziecięce skojarzenia są fałszywe. Pierwsze – bo kiedy stajemy się lojalni wobec siebie, porzucają nas tylko ci, którzy korzystali na naszym poświęceniu, na przekraczaniu naszych granic: czy więc naprawdę tracimy cokolwiek? Drugie – bo umysł skleja miłość rodzicielską z miłością siły wyższej, mimo że rodzice są mieszanką miłości i lęku w różnych proporcjach, a siła wyższa jest czystą, bezwarunkową miłością. Kiedy nie potrafimy zaufać sile wyższej, tej bezwarunkowej miłości, to tak naprawdę umysł mówi nam, że nie możemy ufać swoim rodzicom, bo spotka nas rozczarowanie, ich warunkowa akceptacja.
Rozwój to proces jednocześnie w dwóch kierunkach – znalezienie samowystarczalności (zaprzeczenie dziecięcym zależnościowym lękom) i zrozumienie bezwarunkowości miłości (możliwość otrzymywania bez zasług, bez jakiegokolwiek warunku). Pierwsze daje nam poczucie mocy, drugie możliwość właściwego jej używania. Narzędziem potrzebnym do tego procesu jest połączenie danych płynących z czucia z danymi zapisanymi w umyśle. Ujmując w skrócie – wewnętrzną równowagę możemy osiągnąć poprzez zrównoważenie używania swoich dwóch odbiorników: serca i rozumu, czucia i logiki. One nie są swoimi wrogami, jak to się często przedstawia, tylko partnerami, jak prawe i lewe oko, prawa i lewa ręka. Kiedy zaczynamy traktować oba źródła danych na równi, nasz wewnętrzny podział na silną i słabą stronę zaczyna zanikać, stajemy się partnerami wszystkich części siebie jednakowo, bo stajemy się partnerami siły wyższej, przepuszczamy przez siebie jej bezwarunkową miłość. Wtedy ta miłość i to partnerstwo wyświetla się na zewnątrz, we wszystkich relacjach z innymi ludźmi, i możemy jej doświadczać. Możemy stworzyć to, czego nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy, jeśli zmienimy przekonania, jakie zapisało nasze najwcześniejsze doświadczenie.