O POTRZEBACH

Czujemy się szczęśliwi wtedy, kiedy ludzie i rzeczy wokół nas odpowiadają naszym prawdziwym potrzebom. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego – jesteśmy dorośli, no to wybierzmy sobie to, co nas uszczęśliwia – i już. Dlaczego to nie działa? Dlaczego zamiast poczucia szczęścia najczęściej pojawia się rozczarowanie? Najprościej ujmując, dlatego, że naturalne powiązanie naszego samopoczucia z naszym potrzebami zostaje zakłócone na wczesnych etapach naszego życia. Małe dziecko wyraża swoje potrzeby bez zahamowań, ale reakcje opiekunów decydują, jak bardzo te potrzeby staną się dla niego ważne w dalszym życiu i kto zostanie odpowiedzialny za ich zaspokajanie. 

Rodzice mogą nie widzieć potrzeb dziecka – np. mogą być nadmiernie skupieni na sobie z powodu pracy, choroby, uzależnienia, lub mogą być skupieni na innych potrzebujących członkach rodziny, lub mieć własną wizję, czego ich dziecko potrzebuje. Wtedy dziecko doświadcza nieważności swoich potrzeb i uczy się je lekceważyć, ignorować, a w najlepszym wypadku umniejszać. Uczy się też, że jest zdane na siebie i nie może liczyć na wsparcie innych ludzi, kiedy czegoś potrzebuje, więc przestaje oczekiwać od innych czegokolwiek. Jako dorośli tacy ludzie nigdy nie proszą o pomoc, ale chętnie ją oferują, nawet jeśli sami są wyczerpani; wybierają relacje, w których pełnią rolę rodziców zamiast partnerów; wybierają prace poniżej swoich kwalifikacji i chociaż angażują się podwójnie, nie zabiegają o to, by ich zauważono, doceniono; rzadko kupują sobie cokolwiek, a jeśli już to okazyjnie, na promocji, z najniższej półki, oszczędnie – bo w ich nieświadomym przekonaniu nie zasługują na więcej, na tyle co inni. Wierzą, że im mniej będą chcieć od życia, tym bardziej będą kochani. Czują się z tym źle, ich negatywne emocje próbują im powiedzieć, że nie uda się im być szczęśliwymi w ten sposób. Ale swoje emocje też nauczyli się umniejszać, więc ich nie słuchają. Dzień po dniu usiłują być szczęśliwi, wybierając to, co ich unieszczęśliwia – bo umniejszając swoje rzeczywiste potrzeby w każdym obszarze.

Opiekunowie (często dziadkowie) mogą też właściwie rozpoznawać potrzeby dziecka, ale reagować na nie nadmiernie, nadgorliwie, z wyprzedzeniem; pozwalając dziecku przekraczać swoje granice wyznaczane przez ich własne potrzeby. Wtedy dziecko uczy się nadawać swoim potrzebom wyolbrzymioną ważność, co więcej, uznaje innych ludzi za odpowiedzialnych za swoje samopoczucie wynikające z zaspokojenia tych potrzeb. Po prostu wymyślanie zachcianek angażuje innych, co jest dowodem ich miłości. Jako dorośli tacy ludzie również nie proszą o pomoc, ale podświadomie jej oczekują jako czegoś naturalnego; nie otrzymując wsparcia i aprobaty stają się roszczeniowi, sfrustrowani, ekspansywni, wymuszający, manipulujący, czasami agresywni. Wybierają relacje, w których mogą pełnić rolę rozpieszczonego dziecka zamiast partnera; bezkrytycznie sięgają po prestiżowe lub wysoko płatne stanowiska, nie martwiąc się o swoje kwalifikacje, ale oczekując uznania, zaszczytów, wyróżnień. Chętnie kupują sobie drogie rzeczy, najlepiej najnowsze, najlepsze, uznane, markowe, modne – w swoim nieświadomym przekonaniu zasługują na więcej niż inni, bo potrzebują więcej niż inni, żeby dobrze się poczuć. Swoje zachcianki traktują jak pierwsze potrzeby. Wierzą, że im więcej uda im się wydusić od życia, tym bardziej poczują się kochani. Wciąż jednak doświadczają negatywnych emocji – lęku, zazdrości, bezradności – które próbują ich ostrzec, że idą drogą donikąd. A że nauczyli się te emocje wyolbrzymiać i obarczać innych odpowiedzialnością za nie, to dają się porwać swojemu czuciu i teatralnie, dramatycznie, w innych szukają przyczyny, a raczej winy. Dzień po dniu usiłują być szczęśliwi, sięgając po to, co inni uważają za dobre, bo nie wiedząc, czego sami naprawdę potrzebują i jak sobie to zapewnić bez wymuszania tego na innych.

Postawy i reakcje opiekunów decydują, jak nauczymy się rozumieć i traktować swoje potrzeby i wynikające z tego emocje. Nie musimy jednak spędzić całego życia w tym losowym zaprogramowaniu. Możemy to zmienić za pomocą swojej świadomości: wglądu polegającego na przyjrzeniu się sobie z dystansu i świadomego wyboru korygującego zachowania, które przyniesie umysłowi nowe doświadczenie, nowe dane, nowy zapis.

Wgląd polega na uświadomieniu sobie odczuwanych emocji, nazwaniu ich i powiązaniu ich z potrzebą. Negatywne emocje mówią o nierealizowanych potrzebach. Właściwe realizowanie swoich potrzeb powoduje dobre samopoczucie, a zmiana samopoczucia ma powodować korekcję w określaniu swoich potrzeb – tak wygląda ścieżka samorozwoju w kierunku szczęścia. W dzieciństwie przyjmujemy jednak wspomniany wyżej filtr percepcji, który nie pozwala nam widzieć naszych emocji i naszych potrzeb takimi, jakie są naprawdę. I tak naprawdę tylko ten filtr, jak deformujące okulary, stoi nam na drodze do szczęścia: widzimy je nie tam, gdzie jest. Tylko i aż, ponieważ wszystko, czego uczymy się przez pierwsze lata życia, staje się dla nas normą, standardem, rzeczywistością i oczywistością. 

Dlatego najpierw musimy sobie ten filtr uświadomić – zatrzymać się w toczeniu się swoimi koleinami i przyznać, że to nie działa: że nie czujemy się szczęśliwi i wbrew wcześniejszym swoim przekonaniom nie mamy nad tym kontroli. To jest trudny, ale kluczowy moment, bo poczucie kontroli, choć złudne, trochę ucisza lęk sączący się stale z naszych dziecięcych emocjonalnych zranień. Jedni próbują kontrolować innych bezpośrednio, manipulując nimi, aby dostać od nich to, co ma ich uszczęśliwić, drudzy próbują kontrolować siebie tak, żeby dopasować się do innych – w tym samym celu. Dopóki tli się w nas nadzieja, że w jakikolwiek sposób wpłyniemy na innych, żeby siebie uszczęśliwić, pozostaniemy w tych swoich koleinach żłobionych od najwcześniejszych lat. Jedni będą dominować, przekraczać granice, żądać i brać bez pytania, drudzy będą ustępować, oddawać własne, przepraszać za cudze błędy i za niespełnianie oczekiwań tych pierwszych. I wcale nie w tym rzecz, że jedni są źli, a drudzy dobrzy, bo tak naprawdę i egoizm, i altruizm mają tę samą przyczynę: rozpaczliwe poszukiwanie miłości, desperackie próby doświadczenia szczęścia. To, co je różni, to wyuczona, przyjęta nieświadomie w dzieciństwie strategia (i jej konsekwencje), nic więcej. Co więcej – każdy altruista jest w jakimś obszarze egoistą, a każdy egoista – altruistą; paradoksalnie każdy z nas nosi w sobie i problem, i jego rozwiązanie. W przeważającej części swoich zachowań czerpiemy z jednego schematu, który umysł zapisał jako główny, ale w jakiejś części, w jakimś obszarze, używamy drugiego, „zapasowego”. Oznacza to, że najczęściej ramię wagi przechyla się w jedną stronę, ale czasami w drugą. Możemy być bardzo dominujący, ale w jakimś obszarze umysł wybiera zachowania podporządkowane, albo odwrotnie. Możemy czerpać satysfakcję z dawania i ograniczać siebie we wszystkim, ale w jakiejś wąskiej sferze mamy przymus dogadzania sobie, albo odwrotnie. Nigdy nie jesteśmy w 100% „jacyś”: odważni, głupi, cierpliwi, niewrażliwi, spontaniczni, skąpi. Etykietki są fałszywe, oparte na generalizacji. W rzeczywistości potrafimy być tacy i tacy, problem polega tylko na tym, że zapisy umysłu ograniczają te zachowania do konkretnych obszarów, według skojarzeń z naszego doświadczenia. Na przykład ktoś może być zaangażowany, opanowany, życzliwy w pracy i lekceważący, impulsywny, wiecznie niezadowolony w prywatnych relacjach, albo cierpliwy i wyrozumiały dla innych, a oceniający i wymagający dla siebie. Dlatego to takie trudne: szukamy uniwersalnego sposobu, metody, narzędzia, żeby pojawiło się to szczęście w naszym życiu, a potrzebujemy czegoś zupełnie innego: uważności na siebie, koronkowej ręcznej roboty w wyrównywaniu położenia ramion naszej wewnętrznej wagi.

Od czego zacząć? W moim przekonaniu od zmiany wewnętrznego głosu, którym do siebie mówimy, a który jest zgeneralizowaną wersją głosów naszych opiekunów. Zazwyczaj jest surowy, oceniający, poprawiający i porównywający, budzący poczucie winy, ale bywa też użalający się, budzący poczucie krzywdy. Ten głos nagrał się automatycznie, ale jak pocztę głosową w telefonie możemy to zmienić. I powinniśmy, bo nie uda nam się stworzyć wewnętrznej równowagi, jeśli naszą motywacją nie będzie miłość do siebie: zrozumienie, czyli kiedy trzeba, bezwarunkowe wsparcie, a kiedy trzeba, stanowcze, ale życzliwe stawianie sobie wymagań. Nie potrzebujemy wciąż mówić do siebie jak rodzic, potrzebujemy zostać swoim najlepszym przyjacielem.

Drugi krok to rozpoznanie swojego głównego schematu: czy zazwyczaj traktujemy swoje emocje i potrzeby jak bardziej ważne czy mniej ważne niż innych ludzi. Podkreślam ponownie: od środka wszystko, co mamy, jest normą, standardem, jedyną istniejącą rzeczywistością. Każdy krzywdziciel w swoim przekonaniu jedynie się broni, każdy krzywdzony w swoim przekonaniu zasłużył na swoją krzywdę. Obiektywną prawdę możemy zobaczyć jedynie w kontekście innych ludzi, poznając ich perspektywę i nakładając ją na swoją, empatycznie stawiając się na miejscu swojego partnera w relacji, traktując potrzeby i emocje innych jakby były naszymi własnymi. 

Odkrycie własnego schematu nie zwalnia nas z uważności, bo gdzieś przecież stosujemy schemat odwrotny. Nie chodzi o generalną automatyczną zmianę w odwrotnym kierunku, tylko o pamiętanie o swojej tendencji i o delikatne próby korygowania swojego zachowania przy każdej okazji, w każdej sytuacji i relacji. Umysł ma niewielką tolerancję na zmianę, więc najskuteczniej działa drobne, ale systematyczne przesuwanie zapisanej granicy danego przekonania. Najprościej można powiedzieć, że potrzebujemy potrenować empatię wobec potrzeb i emocji, tylko czasem w stosunku do innych ludzi, a czasem w stosunku do siebie.

Trzeci krok to korekcja skutków głównego schematu – mam tu na myśli utrzymywanie w równowadze swojego poziomu energii, czyli balans między satysfakcją a przyjemnością, między wysiłkiem a odpoczynkiem, miedzy dawaniem i braniem, między ładowaniem energii a jej zużywaniem. W różnych sferach możemy tym zarządzać w różny sposób, bo zazwyczaj jeden obszar kompensuje drugi. Czyli gdzieś możemy mieć tendencję do ładowania się przez satysfakcję (wysiłek, uczenie się, robienie czegoś dla innych, przekraczanie swoich ograniczeń), a gdzieś indziej przez przyjemność (dostawanie od innych, bierny odpoczynek, skupienie na sobie i zaopiekowanie się swoimi bieżącymi potrzebami, tymi fizycznymi, i tymi emocjonalnymi). Brak równowagi między tymi sposobami ładowania się energią powoduje zaburzenia w naszym funkcjonowaniu: czy za bardzo eksploatujemy swoje ciało, czy za mało, osłabiamy je; czy za bardzo skupiamy się na sobie czy na innych, osłabiamy swoje relacje. Niewłaściwe zarządzanie energią – tak samo jak pieniędzmi – powoduje, że mamy jej coraz mniej. A wtedy odruchowo sięgamy po sposoby, które znamy „od zawsze”, czyli te, które zaburzyły naszą równowagę – jeszcze bardziej pogłębiając problem.

Konsekwencją posiadanego schematu i sposobu zarządzania energią jest generalne przekonanie o życiu. Nasze wczesnodziecięce zapisy tworzą w nas przekonanie, że żyjemy w jednym z dwóch trybów: trybie przetrwania lub trybie rozkwitu. Jeśli nie korygujemy świadomie tego przekonania, umysł nie balansuje elastycznie pomiędzy nimi w zależności od bieżącej sytuacji, tylko spycha nas stale w jeden kraniec: albo reagujemy z poczucia zagrożenia na to, co na zewnątrz nas, pomijając swoje potrzeby i emocje, czyli niemal wyłącznie trenujemy siłę, jak na polu bitwy, zapominając o radości z życia; albo rzucamy się w wir dogadzania sobie, pomijając cudze potrzeby i emocje, czyli zanurzamy się w przyjemnościach, tracąc siły i poczucie mocy.

Skorygowanie naszych „wyjściowych ustawień” i przywrócenie wewnętrznej równowagi wymaga jeszcze jednego wglądu – w definicję miłości, którą wynieśliśmy ze swojego rodzinnego domu. Jest to konieczne dlatego, że dla każdego dziecka równanie rodzic = miłość jest tak oczywiste, że nie podlega kwestionowaniu (jak zresztą wszystko inne w pierwszych kilku latach życia). Obiektywnie prawda wygląda jednak zgoła inaczej – każdy rodzic jest mieszaniną miłości i lęku w różnych proporcjach. Miłość w rodzicu powoduje u dziecka poczucie bycia kochanym, lęk w rodzicu odczuwany jest przez dziecko jako zranienie, zapisuje się jako krzywda. Z doświadczenia powstaje więc logiczne, ale fałszywe i bardzo szkodliwe dla naszej przyszłości przekonanie, że skoro rodzic jest miłością, to miłość także krzywdzi. Szukając miłości, podświadomie kierujemy się tą definicją: dążąc do bliskości, doświadczamy zatem także krzywdy, która nas rani, więc się odsuwamy; ale tęsknota za bliskością jest silniejsza – do następnego zranienia. Próbując uniknąć tej krzywdy, szukamy albo tego, co w dzieciństwie czuliśmy jako miłość, albo tego, co jest przeciwieństwem doznanego cierpienia. Innymi słowy uciekamy od „złej miłości” do tego znanego dobrego, bezpiecznego jej kawałka… i uzależniamy się od niego, bo obawa przed cierpieniem zamienia się w lęk przed bliskością, przed miłością. To, co nam zostaje, to jej namiastki, które możemy kontrolować – a przynajmniej tak nam się wydaje, dopóki tłumione latami emocje nie przyprą nas do ściany i nie zmuszą do poddania tej kontroli, do dokonania tych wglądów w siebie, o których napisałam wyżej.

Co te wglądy powodują? Zamykają drzwi, za którymi panuje pozorna kontrola, przed której skutkami ostrzegają nas stale pojawiające się negatywne emocje, a otwierają drzwi, za którymi pojawia się droga do szczęścia, oznakowana pojawianiem się radości, zwana samorozwojem.

A samorozwój zaczyna się od samopoznania. Od pytania siebie nieustannie „jak się czuję?” i szukania odpowiedzi dlaczego w powiązaniu ze swoimi potrzebami. Czujemy się źle tylko wtedy, kiedy zanim nauczyliśmy się nazywać swoje potrzeby, nauczono nas, żeby je umniejszać i lekceważyć, nie zwracać na nie uwagi; albo wtedy, kiedy swoje zachcianki traktujemy jak potrzeby, a potrzeby wyolbrzymiamy, uważając ich zaspokojenie za obowiązek innych ludzi. Innymi słowy, nasz system wysyła negatywne emocje, kiedy wmawiamy sobie, że chociaż czujemy się źle, powinniśmy czuć się dobrze (bo podporządkowanie gwarantowało akceptację rodziców), albo kiedy wmawiamy sobie, że możemy czuć się dobrze tylko wtedy, kiedy inni czują się źle, krzywdzą siebie dla nas (bo poświęcenie rodziców zdefiniowało dla nas miłość). To sygnał, że nasze rozumienie relacji zostało wypaczone: albo wierzymy, że „ty = my” (bez ja), albo że relacja oznacza „albo ja, albo ty” (rywalizacja). Dobra, partnerska relacja to pełne my: pełne ja + pełne ty. To relacja, gdzie potrzeby i emocje obu stron traktowane są tak samo, z szacunkiem i zrozumieniem. Ale aby stworzyć taką relację, najpierw musimy uporządkować siebie: nazwać swoje potrzeby, powiązać je ze swoim samopoczuciem i samemu zapewnić ich realizację. Bo nie da się stworzyć bliskości z drugą osobą, kiedy nie stworzy się bliskości ze sobą; nie ma mowy o miłości do kogoś, jeśli nie potraktuje się z miłością każdego kawałka siebie.

Jeśli połączymy swoje emocjonalne odczuwanie ze swoimi potrzebami, korygując dane w kontekście swoich dziecięcych „okularów”, znajdziemy się na prostej drodze do auto-szczęścia i bliskości z innymi, czyli wszelkich postaci miłości. Odblokowując wewnętrzną równowagę, wiedząc, jak chcemy się czuć, i wybierając to, czego dla siebie potrzebujemy (w kontekście równego traktowania siebie i innych) stwarzamy swój prywatny raj. To, co do niego nie pasuje, samo odpadnie z naszego otoczenia; to, co z nim rezonuje, zostanie, aby go wzbogacić.