TRAUMA CIAŁA

Ktoś powiedział, że „ciało jest jak ekran, na którym dusza wyświetla swój film”. Uważam, że wiele w tym prawdy. Już z urodzenia dostajemy jakieś konkretne ciało ze specyficznymi cechami budowy i funkcjonowania, jakby miało pasować do jakiegoś zadania, celu czy misji, którą ma wykonać. Potem to ciało zaczyna wyświetlać krytykę albo aprobatę opiekunów, z jaką się spotkało w pierwszych latach życia: kuli się zarażone cudzym lękiem lub emanuje otrzymaną miłością. Później odbija naszą ocenę swojej fizyczności, która powstała z opinii naszych rodziców: marnieje albo rozkwita. Odsłania nasze przekonania na własny temat i kumuluje traumatyczne, nieprzeczytane emocje; przez zaburzenia funkcjonowania, spięcia, bóle i dolegliwości pokazuje nam, co dzieje się w naszym emocjonalnym świecie. Jeśli nie słuchamy, choruje, bo traci kontakt z duszą, ze swoim zasilaniem.

A rzadko słuchamy ze zrozumieniem swojego ciała, bo traktujemy je według wzorca, jakiego nauczyliśmy się obserwując swoich opiekunów: albo jak maszynę do wykonywania zadań, albo jak narzędzie do wywierania wpływu na innych, albo jak źródło hedonistycznej przyjemności za wszelką cenę. Zgodnie z zaobserwowanym rodzinnym schematem traktujemy swoją fizyczność szorstko, wymagająco, bez upiększania i rozczulania się, albo wręcz przeciwnie – inwestując w ciało wszystkie środki, siły i czas. Rzadko naturalnie – rozumiejąc, wspierając i rozwijając świadomie, w kontakcie z wysyłanymi przez nie sygnałami. Raczej wyciszamy te informacje tabletkami i dalej robimy swoje.

Tak jak rodzice nieświadomie krzywdzą dziecko nie widząc jego indywidualnych potrzeb i emocji, próbując dać mu to, czego oni sami potrzebują (nie dziecko), tak często sami powielamy ten sposób traktowania w stosunku do własnego ciała. Dajemy mu jedzenie i picie, które cieszy chwilę, a potem powoduje złe samopoczucie, bo w istocie naszym pragnieniem jest zaspokojenie potrzeb emocjonalnych; łatwiej jest jednak sięgnąć po coś smacznego niż dać sobie emocjonalne zrozumienie, którego zabrakło w dzieciństwie. Wymagamy od swojego ciała ogromnego wysiłku bez regeneracji, ale chodzi nam o to, żeby udowodnić sobie siłę zupełnie gdzie indziej – w obszarze emocjonalności. Lekceważymy potrzebę snu i odpoczynku, zaciągając coraz większy dług energetyczny – osłabiając siebie i pozwalając chorobotwórczym mikroorganizmom na atak. Próbując być ze stali, ponad swoimi rzeczywistymi potrzebami, stajemy się zupełnie bezbronni.

Każda nasza komórka wie, jak funkcjonować optymalnie, musimy tylko nauczyć się im nie przeszkadzać, nie utrudniać, nie blokować ich zdrowej energii. I nie chodzi tu tylko o jedzenie, sen czy aktywność, bo ciało nie jest wyizolowaną wyspą naszego ja. Kształtujemy funkcjonowanie swojego ciała swoimi myślami, emocjami, i swoją wiarą lub niewiarą w jego możliwości. Dlatego warto inwestować w umiejętność zarządzania swoimi myślami i emocjami, bo to paradoksalnie poprawia nasze fizyczne funkcjonowanie. I bardzo warto zadać sobie pytanie, w co wierzymy na temat swojego ciała: że jest nie do zdarcia? Czy jest wybrakowane? Czy choroba jest stanem naturalnym czy bycie zdrowym? Czy mamy instynkt samoleczenia jak zwierzęta czy jako cywilizowani ludzie nie przeżyjemy miesiąca bez wizyty w aptece? Czy jesteśmy w stanie uwierzyć, że sama energia może uleczyć efektywniej niż działanie fizyczne? Czy potrzebujemy kogoś, kto nas uzdrowi czy możemy uzdrowić się sami? No właśnie –> kim jesteśmy? Pytanie od którego wszystko się zaczyna i do którego wszystko zmierza. To ono wyznacza nasze ograniczenia, w każdym obszarze naszego ja. W co wierzymy, to dostajemy. A jeśli nie podoba nam się to, co dostajemy, możemy zmienić swoje przekonania, a fizyczność to wyświetli jak film na ekranie.