O BYCIU NIEWYSTARCZAJĄCYM

Jest pewne przekonanie, które większość z nas wynosi ze swojego dzieciństwa. Brzmi ono: „jestem niewystarczająca/y” (w domyśle „aby być kochaną/kochanym”). Umysł dziecka zapisuje takie przekonanie w odpowiedzi na krytykę ze strony opiekunów, ciągłe poprawianie, korygowanie – w reakcji na odczuwane niezadowolenie rodziców. Uznajemy, że nie możemy być sobą, żebyśmy byli warci miłości; że musimy coś w sobie zmienić, albo przynajmniej ukryć, bo inaczej czeka nas odrzucenie, wykluczenie.

Przekonanie „jestem niewystarczająca/y” jak wszystkie inne przekonania powstające w pierwszych latach życia zapisuje się nie jako jakaś tam cudza opinia, a jako bezdyskusyjny fakt, stanowisko samej Miłości (bo rodzic to dla dziecka definicja miłości). Umysł nie poddaje tego przekonania w wątpliwość, nie podważa go, tylko próbuje sobie z nim poradzić.

W tych obszarach, gdzie nie mieliśmy zdrowego wzorca, gdzie zraniła nas krytyka i czujemy się wybrakowani, to przekonanie działa demobilizująco, demotywująco – poddajemy się, pozwalamy temu przekonaniu zablokować, unieruchomić kawałek siebie. Może to być dowolne „wybrakowanie” w obrębie emocjonalności, intelektu, fizyczności czy duchowości. Jednocześnie, zgodnie z zasadami hydrauliki, tam, gdzie doświadczyliśmy aprobaty opiekunów albo wykazaliśmy się skutecznością czy zaradnością, powstaje podwójne ciśnienie: może jednak zasłużę czymś innym? Może zapracuję i ktoś odpuści ten brak? Może nadmiarem w innym miejscu wyrównam swój defekt?

Podsumowując, w obszarze swojej domniemanej słabej strony rezygnujemy z rozwijania danej formy miłości, w obszarze swojej domniemanej mocnej strony próbujemy zapewnić sobie miłość kontrolą.

Przekonanie o swojej sile w jednej sferze i słabości w innej staje się filtrem, który zniekształca to, jak widzimy i tworzymy swoją rzeczywistość. Po pierwsze, tworzy fałszywe przekonanie o całkowitej zależności od innych ludzi, o przymusie wymiany różnych form miłości, żeby przeżyć. Sprawia, że nasze relacje są tworzone przez wewnętrzną presję, nie z wolnego wyboru. Wierzymy, że jesteśmy niekompletni i potrzebujemy innych, żeby nas dopełnili – to trochę tak, jakbyśmy wierzyli, że praworęczny musi znaleźć leworęcznego, żeby jakoś radzić sobie razem w życiu.

Po drugie, to przekonanie każe nam przybierać na zmianę raz rolę podrzędną, raz nadrzędną w relacjach z innymi ludźmi, co zubaża te kontakty i tworzy wiele negatywnych emocji, ostrzegających nas o tym zniekształceniu. Nie jesteśmy wtedy tak naprawdę w kontakcie z drugą osobą, tylko realizujemy swój scenariusz kontroli: czasem jest to podporządkowanie, ustępowanie, wyręczanie, nadopiekuńczość, a czasem dominacja, presja, pouczanie, rozliczanie.

Po trzecie, nie trzymamy standardów. W „wybrakowanym” obszarze zawyżamy standardy innym, zaniżamy sobie (jak na mnie to i tak dobrze; więcej i tak nie osiągnę; wiadomo, zawsze musi być jakieś ale; no proszę, znowu wpadka), w tym wytrenowanym odwrotnie: zaniżamy standardy innym, zawyżamy sobie (można to było zrobić lepiej; następnym razem to udoskonalę; nie wyszło perfekcyjnie, a powinno).

W ten sposób paradoksalnie potwierdzamy swoje przekonanie o byciu niewystarczającym: słabszym niż inni w jednej sferze i wciąż niewystarczająco dobrym w innej – i zatracamy się w gorączkowym udowadnianiu sobie i innym, że jednak warto nas kochać, że jest za co.

Kłopot w tym, że definicją miłości jest bezwarunkowość. Jeśli ktoś kocha innych za to, co mu dają, to nie kocha, a potrzebuje. To duża różnica, bo kiedy kochamy, naszą intencją jest wspólne dobro; kiedy potrzebujemy innych, priorytetem jest zaspokojenie naszych potrzeb, a inni są ważni na tyle, na ile nam dostarczają tego, czego nam trzeba.

Miłość jest postawą: stosunkiem do siebie i innych; tłem, na którym tworzą się relacje z innymi, w tym wychowanie dzieci i życiowe partnerstwo. Brak miłości do siebie w jakimkolwiek aspekcie automatycznie przekłada się na jakość relacji z innymi, na ich głębię, harmonię, równość i trwałość.

Dlatego w Nowym Roku życzę nam wszystkim właśnie tego: więcej miłości do siebie, a tym samym do innych. Bez względu na swoje wczesnodziecięce doświadczenia w każdym momencie sami możemy na nowo wybrać, czy wierzymy w miłość w sobie, czy w nie-miłość – i to właśnie automatycznie wyświetli się wokół nas.

Niech przekonanie „jestem niewystarczająca/y, żeby być kochaną/kochanym” zostanie wymazane przez bezwarunkową miłość do tego, co jest, wewnątrz nas i na zewnątrz. Czyli zrozumienie, wybaczenie i radosne tworzenie tego, co nam w duszy gra. Cudownego Nowego Roku!