Jedni lubią Święta, bo skojarzenia zapisane w ich umysłach są pozytywne – jak radość, wyjątkowe jedzenie, prezenty, szczególny nastrój, ciepła rodzinność. Inni Świąt nie lubią, bo w ich doświadczeniu kojarzą się z przemęczeniem i nerwową atmosferą, rodzinną presją, przejedzeniem czy dodatkowymi wydatkami.
Dla jednych Święta są magiczne, dla drugich pełne kiczu i hipokryzji.
Jedni patrzą na Święta z perspektywy marketingu, drudzy przez pryzmat religii.
Jedni rygorystycznie pilnują rodzinnych tradycji, inni eksperymentują z ich formą.
Dla jednych Święta mogłyby trwać cały rok, dla innych mogłoby ich nie być wcale.
Każdy ma bardzo indywidualne podejście do tego czasu – od dekoracji, przez jedzenie i prezenty do rytuałów ich obchodzenia. Można się o te szczegóły kłócić, można szukać kompromisu, a można też poszukać, co za nimi stoi.
Na poziomie duchowym te Święta symbolizują narodziny Światła w najciemniejszym czasie roku. Są symbolem nadziei i wiary w miłość.
Na poziomie emocjonalnym są dowodem na to, że każdą, nawet najgłębszą ciemność można rozświetlić na kolorowo, zimno można zamienić na ciepło, a zmęczenie i przygnębienie na radość.
Na poziomie intelektualnym Święta zachęcają do zmiany myślenia, do łamania schematów, do wyjścia poza swoje zapisane wzorce, usztywniające naszą percepcję.
A fizyczność to wszystko wyświetla. Lampki, dekoracje, potrawy, słodkości, prezenty i rytuały to tylko aktorzy na scenie zbudowanej przez pozostałe trzy sfery naszego ja. Cytując Anthony’ego de Mello: „Widzimy ludzi i rzeczy nie takimi, jakie są, tylko takimi, jakimi my jesteśmy”.
Im bardziej te Święta muszą być konkretnie jakieś, tym bardziej przebija przez nas przekonanie o miłości warunkowej – że Miłość nie przyjdzie, Światło się nie narodzi, jeśli nie umyjemy okien i podłóg, jeśli zjemy coś przed kolacją wigilijną, jeśli pierogi czy uszka się rozkleją, na stole stanie zupa rybna zamiast barszczu czy grzybowej albo odwrotnie.
Im bardziej te Święta muszą być bogate, nadmiarowe, tym bardziej chcemy zagłuszyć w sobie lęk przed pustką, przed opuszczeniem przez miłość.
Im bardziej skupiamy się na rzeczach – jedzeniu, prezentach, dekoracjach – tym bardziej uciekamy od swoich emocji, chcemy je „kupić”, zaprogramować, żeby nie mówiły nam tego, co jest, a to, co chcielibyśmy usłyszeć.
Im bardziej kultywujemy rytuały lub tworzymy scenariusze, tym bardziej nie potrafimy po prostu ze sobą być i cieszyć się swoim towarzystwem, swoją obecnością; boimy się ujawnienia braku bliskości emocjonalnej.
Lubienie Świąt może wynikać zarówno z tego, że traktujemy je jak pretekst do pobycia razem w miłym nastroju (jak wyjazd na wycieczkę, jak wyjście na koncert) albo z tego, że desperacko w tym dniu chcemy dotknąć swojej duchowej sfery; stworzyć optymalne warunki, aby móc poczuć miłość choć raz w roku.
Nielubienie Świąt może wynikać zarówno z tego, że nie ma w nas potrzeby tworzenia wyjątkowych okoliczności, żeby poczuć się dobrze ze sobą czy rodziną albo z tego, że buntujemy się przeciwko miłości jako krótkiej, nietrwałej emocji, jako fajerwerku odpalanego raz w roku.
Wbrew pozorom wcale nie to jest najistotniejsze dla naszego samopoczucia, czy te Święta spędzimy sami, w kilka czy kilkadziesiąt osób, czy będziemy z rodziną czy z obcymi, czy wigilijna kolacja odbędzie się po południu czy wieczorem; nie to, co będzie stało na stole i leżało pod choinką; nie to, według jakiego scenariusza i w jakich okolicznościach przyjdzie nam świętować – najważniejsze dla naszego samopoczucia jest, żebyśmy znaleźli to Światło w sobie, pozwolili mu się TAM narodzić. Jego znakiem są miłość, wiara i nadzieja, które uspokoją nasze emocje, przyniosą wewnętrzny spokój. Pozytywne emocje, dobry nastrój z kolei nie sprowokuje umysłu do reagowania kontrolą, do tworzenia scenariuszy, wyszukiwania różnic i braków. A wtedy bycie stanie się radością samą w sobie, bez względu na towarzystwo; poczujemy wdzięczność za to, co mamy, bez względu na to, czego nam brak; każda lampka zaświeci jaśniej, każdy smak odczujemy mocniej, każda przyjemność będzie jak prezent. Bo będziemy w stanie to poczuć, bo stworzymy to dla siebie w kontakcie ze sobą, nie według cudzego przepisu na cudowne Święta. Bo to, co stworzymy wewnątrz siebie, ma moc zmieniania tego, co na zewnątrz. To, co na zewnątrz, choćby najbardziej wyjątkowe, nie ma mocy zmienienia naszego samopoczucia na stałe.
To Światło od środka nadaje Świętom blask i znaczenie; żadna ilość zewnętrznych światełek ani go nie zastąpi, ani go nie wywoła. Takich wewnętrznie świetlistych Świąt Wam życzę, które mają moc zmieniania ciemności w jasność w każdym miejscu, czasie i okolicznościach.