Każdy z nas dostaje w pierwszych latach swojego życia jakieś doświadczenia, które powodują powstanie pewnych przekonań na temat życia, ludzi i siebie. Te przekonania są fałszywe, ponieważ są jednostronną generalizacją, odzwierciedlają nasze pojedyncze doświadczenie w postaci zasady, np. świat jest okrutny (bo byliśmy świadkiem okrucieństwa), ludzie są dobrzy (bo byliśmy dobrze traktowani przez opiekunów), psy są groźne (bo jeden nas ugryzł), jestem niezdarą (bo zdarzyło mi się potknąć i upuścić szklankę z herbatą i wszyscy o tym mówili).
Tak samo powstają w nas przekonania dotyczące szczęścia – czym jest i jak je osiągnąć. Są zbiorem tego, co nas uszczęśliwiało w dzieciństwie i tego, czego nam brakowało; są naszym podstawowym schematem: wierzymy, że będziemy szczęśliwi, jeśli dostaniemy od innych to, co dobrego dawali nam rodzice czy opiekunowie i to, czego nam brakowało, za czym tęskniliśmy. Te przekonania powodują, że łączymy swoje szczęście z konkretnym, szczegółowym wyobrażeniem, i zaczynamy ślepo za nim podążać. Ślepo – bo nasz umysł każe nam zdobywać to coś za wszelką cenę, także za cenę dobrego samopoczucia, czyli poczucia szczęścia… Nieważne, czy są to pieniądze i rzeczy materialne, podróże, kariera, cudzy podziw, bliskość fizyczna czy szacunek, cokolwiek staje się naszym warunkiem do bycia szczęśliwym, wyrwane z kontekstu zaczyna nas unieszczęśliwiać. Nie bez powodu powstało ostrzeżenie „uważaj, czego sobie życzysz”, bo często nasze skojarzenia prowadzą nas na manowce. Można mieć wielkie pieniądze, ale czuć się samotnym i przegranym; można mieć karierę, ale stracić prywatność albo rodzinę; można mieć cudzy szacunek albo podziw, ale nie umieć doświadczać bliskości; mówiąc krótko, można zdobyć to, czego się tak pragnęło i odkryć, że to nie tylko nie gwarantuje szczęścia, ale na dodatek ma skutki uboczne, których nie wzięliśmy pod uwagę. Dziecięce podejście do szczęścia charakteryzuje się tym, że chcemy ten jeden konkretny puzzel, który wrył nam się w pamięć, a kiedy udaje się nam go zdobyć, okazuje się, że nie mamy reszty układanki, do której miał pasować – i co niby teraz mamy z nim zrobić…?
Zazwyczaj świadomie doświadczając rozczarowania pogonią za swoimi dziecięcymi kształtami szczęścia, próbujemy odwrócić schemat: zaczynamy wątpić w swoje wybory, w możliwość zdefiniowania szczęścia, więc za swój cel obieramy po prostu poczucie szczęścia. Skoro nie potrafimy spowodować, żeby nasze życzenia nas uszczęśliwiły, to chcemy gotowego produktu, chcemy być szczęśliwi, odpuszczając kontrolę nad tym, w jaki sposób. Tak jak wcześniej pragnęliśmy konkretnego „puzzla”, tak teraz odrzucamy każdy, który się pojawia – z lęku, że znów wybierzemy coś, co jest za małe, zbyt niedoskonałe i niekompletne, żeby nas uszczęśliwić.
W podstawowym schemacie ułamek obrazka bierzemy za swój cel, błędnie zakładając, że mając ten kawałek, będziemy mieć też wszystko inne. W odwróconym schemacie już wiemy, że chodzi o cały obrazek, ale boimy się dotknąć jakiegokolwiek puzzla, żeby obrazek nie zniknął, żebyśmy znowu nie zostali z tym jednym wyrwanym z kontekstu kawałkiem w ręce. Rozwiązanie jak zwykle tkwi poza schematem i brzmi: „chcę wybierać z wielu różnych puzzli, żeby złożyć swój obrazek” – ale nie na podstawie losowej wiedzy swojego umysłu, a na podstawie swojego czucia. Umysł każe nam fiksować się na jednym kawałku albo odrzucać to, co się pojawia, a wtedy jesteśmy jak ktoś, kto wprowadza się do pustego domu i chce wyłącznie stół, („bo stoły są najważniejsze”) albo nie chce niczego, bo i tak nie będzie to takie, jak sobie wymyślił.
Fiasko pierwszego, podstawowego schematu uczy nas, żeby odpuścić kontrolę bazującą na starych zapisach umysłu i skupić się bardziej na czuciu. Fiasko drugiego, odwróconego schematu uczy nas, że nic nie stanie się bez naszego udziału, bo to my jesteśmy twórcami poprzez dokonywanie swoich wyborów, nie poprzez unikanie ich. Czyli jeśli naszym celem jest szczęście, to musimy je zdefiniować nie poprzez osiąganie celów (poprzez intelekt), a poprzez odczuwanie, jak stałe dobre samopoczucie, radość, satysfakcja, zadowolenie ze swojego życia. A potem wybierać i tworzyć to, co jest z tym celem zgodne, co dodaje nam sił, energii, pozytywnych emocji, co sprawia, że odczuwamy wdzięczność: to droga do naszego celu, do szczęścia.
To nie konkretne rzeczy i ludzie z zewnątrz decydują o tym, na ile jesteśmy szczęśliwi. Jeśli uznamy coś lub kogoś za synonim swojego szczęścia, zostaniemy tylko z tym, uzależnieni i niespełnieni. Jeśli będziemy odrzucać wszystko i wszystkich dla osiągnięcia pełnego uczucia szczęścia, utkniemy bezradni z oczami utkwionymi w daleki – i nieosiągalny – cel. Jeśli pozwolimy prowadzić się swojemu czuciu w świadomym dialogu z umysłem, nasze życie będzie stawać się szczęśliwsze z każdym dokonanym wyborem.