Postawa elastycznej równowagi powoduje, że idziemy przez życie pewnie, bezpiecznie i szczęśliwie, bo możemy wybierać zachowanie w zależności od swoich potrzeb i okoliczności. Taka równowaga pojawia się wtedy, kiedy słuchamy i swojego czucia, które informuje nas o potrzebach („jak jest”), i swojego umysłu mówiącego nam o możliwościach działania („co można z tym zrobić”). Porównałabym to do korzystania z rolety okiennej: możemy ją zasłonić i odsłonić, bardziej lub mniej, na ile chcemy wpuścić jasność czy ochronić się przed gorącem, i w każdej chwili możemy to zmienić, dostosować do zmiany pogody czy naszego zapotrzebowania.
Kiedy jednak stłumimy czucie i nieświadomie pozwolimy umysłowi przejąć kontrolę, okazuje się, że metaforyczna roleta ma tylko dwa tryby: opuszczona lub podniesiona, które zmieniamy na jakiś przypadkowy sygnał, np. kiedy ktoś nas odwiedza, albo kiedy zaszczeka pies, albo kiedy inni to robią. Tak działa ten nasz wewnętrzny komputer: ustala kategorie i wzór korzystania z nich. W ten sposób w naszym myśleniu pojawiają się podziały, które są sztuczne i których de facto nie ma. Na przykład wierzymy, że praca i odpoczynek albo przyjemność i obowiązek to przeciwieństwa (jak opuszczona lub podniesiona roleta). A przecież mamy w doświadczeniu przykłady, kiedy jakaś praca/wysiłek nas relaksuje, a odpoczynek męczy; kiedy obowiązek wykonujemy z przyjemnością, albo przyjemność staje się uzależnieniem, niejako „obowiązkiem” wobec siebie. Nadawanie kategorii logicznej przez umysł bez udziału czucia wprowadza wiele zamieszania i nieporozumień, nie tylko w komunikacji z innymi ludźmi, ale także w naszym wewnętrznym dialogu Serca z Rozumem, który na skutek odmiennych definicji pogrąża się w chaosie.
Spróbujmy zatem „odpętlić” kwestię pracy/obowiązku i odpoczynku/przyjemności. Zostawmy na chwilę perspektywę Rozumu, który każe nam widzieć w nich antagonistów. Popatrzmy oczami Serca (czucia), a zobaczymy, że i odpoczynek, i wysiłek mogą być przyjemne (albo nieprzyjemne). Z relaksu, otrzymywania czegoś, smakowania świata płynie przyjemność; z wysiłku, przekraczania swoich granic, uczenia się czegoś nowego, pomagania innym – satysfakcja. To dwie różne pozytywne emocje, mówiące nam, że robimy coś, co nam służy. I utrzymywałyby nas we wspomnianej wyżej elastycznej równowadze między aktywnością i odpoczynkiem, dając nam poczucie radości i szczęścia… gdyby nie to, że doświadczenia pierwszych lat życia nadpisują to ustawienie, zmieniając je i zniekształcając jego efekt. Dzieje się tak dlatego, że dziecięcy umysł, kierując się aprobatą opiekunów, wybiera jednego dostawcę pozytywnych emocji, a drugiego, paradoksalnie, ustanawia nie jego zastępcą, a konkurentem.
Jeśli dziecko jest chwalone za pracowitość, obowiązkowość, pomaganie, jego umysł wybiera satysfakcję jako główną nagrodę. Przyjemność staje się… wrogiem. No bo zgodnie z logiką umysłu dużo pracy, dużo wysiłku, dużo obowiązków to dużo satysfakcji, a odpoczynek, relaks, przyjemność to brak wysiłku, pracy i obowiązków, co oznacza brak satysfakcji, czyli brak nagrody, brak sensu działania. Innymi słowy, w efekcie powstaje przekonanie, że żeby być szczęśliwym, trzeba się stale wysilać i unikać przyjemności. To oczywiście prowadzi do wyczerpania, pojawiają się emocje ostrzegawcze jak smutek, rozdrażnienie, żal do innych ludzi, złość, wybuchy gniewu – ale jak odpoczywać, kiedy zasilanie płynie z pracy?! I mamy zapętlenie. Więcej wysiłku = więcej negatywnych emocji związanych z wyczerpaniem; mniej wysiłku = wzrastający niepokój i podświadomy lęk związany z utratą źródła satysfakcji, nagrody, sensu życia. Sytuacja patowa.
Jeśli dziecko doświadcza dużo ułatwień i udogodnień, często dostaje prezenty, jest uprzywilejowane, jego umysł wybiera przyjemność jako główną nagrodę. A wtedy, analogicznie do poprzedniego przykładu, wysiłek staje się wrogiem. Dużo uwagi, dużo słów i gestów wsparcia, dużo podarunków i przywilejów to dużo przyjemności; wysiłek, obowiązek, praca to rezygnacja z przyjemności, z nagrody, z sensu życia. Powstaje przekonanie, że żeby być szczęśliwym, należy stale dużo dostawać, sprawiać sobie przyjemności i unikać wysiłku jak ognia. Prowadzi to jednak do zależności, braku poczucia własnej wartości, często do uzależnień różnego rodzaju. Mówią o tym pojawiające się emocje: bezradność, lęk, przygnębienie, poczucie niższości. nerwowość, frustracja, znudzenie – ale jak zmotywować się do wysiłku, kiedy zasilanie płynie z jego negacji?! Zapętlenie gotowe: więcej przyjemności = więcej negatywnych emocji związanych z zależnością lub uzależnieniem; mniej przyjemności = wzrastający niepokój i podświadomy lęk związany z utratą źródła przyjemności, nagrody, sensu życia. Ślepa uliczka.
I w ten sposób to, co istnieje po to, aby nam pomóc utrzymać równowagę, a więc dla naszej radości i szczęścia, zostaje wypaczone i zaczyna nam przynosić negatywne emocje. Zaczynamy maniakalnie korzystać z jednej formy zasilania, ignorując tę drugą. (Najczęściej zresztą kompensujemy sobie brak tworząc pojedynczy ekstremalny wyjątek od tej reguły, który staje się czynnością kompulsywną, ale to temat na odrębny tekst…)
Nie jesteśmy uczeni myśleć o sobie w kategoriach energii – a wystarczy prosta analogia do urządzenia z baterią: jeśli będziemy je używać bez ładowania, wcześniej czy później rozładuje się i przestanie działać; jeśli zostawimy w stałym ładowaniu, pojemność baterii też w końcu drastycznie spadnie. Jesteśmy naturalnie stworzeni do aktywności i odpoczynku, potrzebujemy zarówno dawać, jaki i otrzymywać, i mieć z tego wszystkiego radość. Jeśli tak nie jest, to znaczy, że nabyte przez nas przekonania faworyzują jedno z dwóch źródeł zasilania: albo przyjemność, albo satysfakcję, i świadomie musimy te przekonania skorygować, aby odzyskać radość z życia.