Czy liczy się to, co jemy, czy to, jak trawimy jedzenie?
Każdy chyba się zgodzi, że to, co jemy jest paliwem dla naszego organizmu, więc ma to duże znaczenie, czy jemy mało przetworzone dary natury, zawierające dużą ilość składników odżywczych czy tzw. śmieciowe jedzenie, które dostarcza nam pustych kalorii. Ale już nie każdy zdaje sobie sprawę, że nawet najzdrowsze produkty nie gwarantują nam zdrowia, jeśli nasze trawienie nie działa jak należy, jeśli nie potrafimy właściwie przetworzyć jedzenia – tak, aby bez problemów się przyswoiło i nas zasiliło. Prowadząc siedzący i stresujący tryb życia, jedząc za dużo, dla towarzystwa, nie z głodu, doprowadzamy do tego, że nasz metabolizm się rozregulowuje, rozleniwia, i siła trawienia słabnie. Wtedy nawet najzdrowsze produkty zamiast nas zasilać, będą nas zatruwać jako błądzące po organizmie niedotrawione resztki.
Chcę przez to powiedzieć, że liczy się i materiał, i urządzenie do jego przetwarzania. Super maszyna nie zdziała cudów, jeśli nie ma na czym pracować, ale i najlepszy materiał na nic się nie przyda, jeśli nie ma go jak przetworzyć.
Nie inaczej jest z emocjami. Lubimy myśleć, że to inni ludzie czy sytuacje są odpowiedzialni za nasze emocje – że gdyby inni byli lepsi, milsi, to czulibyśmy się dobrze. I niewątpliwie to, co nas otacza, ma na nas wpływ; jest „jedzeniem”, które nas wzmacnia albo osłabia. Ale nasze samopoczucie nie zależy tylko od innych, od materiału, który dostajemy z zewnątrz. Zależy też od tego, jak potrafimy te emocje „strawić”, przetworzyć. I tak jak hartowanie fizyczne wpływa na poprawę trawienia jedzenia, tak też hartowanie emocjonalne wpływa na poprawę „trawienia” emocji.
Hartowanie fizyczne to ruch, aktywność, wysiłek, świeże powietrze, głód; to budowanie zaufania do siebie, że nasze ciało jest sprawne, silne, wytrzymałe, zdolne do poradzenia sobie w trudnych warunkach. Hartowanie emocjonalne to budowanie zaufania do siebie, że nasza emocjonalność jest sprawna, silna, wytrzymała, zdolna do poradzenia sobie w trudnych sytuacjach.
Pierwszy czynnik, który kształtuje naszą fizyczną i psychiczną sprawność to predyspozycje i blokady, które przynosimy ze sobą na świat. Drugim jest to, co dostajemy od rodziców czy opiekunów: ich życzliwe wymagania powodują, że się hartujemy (fizycznie i emocjonalnie), ich nadopiekuńczość temu przeciwdziała. Jeśli jesteśmy traktowani jak zdrowi, silni, wytrzymali, tak uczymy się siebie widzieć. Z zaufaniem do siebie podchodzimy do wyzwań i przekraczamy swoje ograniczenia, rozwijamy się. Jeśli jesteśmy traktowani jak słabi, chorzy, nadwrażliwi, też tak uczymy się siebie widzieć. Nie mając zaufania do swoich możliwości nawet nie próbujemy, nie trenujemy, więc i nie doświadczamy satysfakcji, nie rozwijamy się. To, jak jesteśmy traktowani ma zazwyczaj nadrzędną moc nad tym, co ze sobą przynieśliśmy na świat – przykładem niech będzie Nick Vujicic, który mimo braku wszystkich czterech kończyn prowadzi bardziej satysfakcjonujące życie niż niejedna pełnosprawna osoba.
Nasze urządzenia do przetwarzania jedzenia i emocji ustawiają się zatem na jakiejś (wyznaczonej przez wspomniane wyżej czynniki) pozycji i dyktują nam, co jesteśmy w stanie strawić. Podświadomie wybieramy z zewnątrz to, co pasuje do naszej „maszynerii” wewnątrz: i jedzenie, i emocje. Ci, którzy przekroczyli wiele granic i przeżyli, mają tendencję do szarżowania („nic mi nie zaszkodzi”); wybierają toksyczne jedzenie czy emocje, jakby chcieli znaleźć to, co w końcu ich zabije, określi tę nieprzekraczalną granicę. Ci, którzy zatrzasnęli się w przekonaniu o swojej nadwrażliwości i niedomaganiu, sięgają po to, co lekkie, łatwe i przyjemne („szkodzi mi wszystko”), nakładając sobie coraz to nowe ograniczenia i skazując na fizyczną lub emocjonalną wegetację. Ci, którzy mają zaufanie do swojej fizyczności czy emocjonalności, reagują zgodnie ze swoim bieżącym samopoczuciem; kiedy czują się dobrze, stawiają sobie wyzwania, kiedy czują się osłabieni, opiekują się sobą, regenerują się – i wybierają z zewnątrz to, co im w tym pomaga.
To, po co podświadomie sięgamy dla siebie jest informacją o tym, jak myślimy o sobie, o swoich „maszynach przetwarzających” w różnych obszarach siebie. Gdzie nie czujemy się wartościowi, tam mało odżywczo (a czasem wręcz śmieciowo) siebie traktujemy, co nas wtórnie osłabia.
Liczy się to, co dostajemy z zewnątrz, i to, jak to przetwarzamy. Wierzymy, że wystarczy zmienić to, co na zewnątrz, żeby poczuć się lepiej – ale to nie działa, jeśli nasze przetwarzanie szwankuje. Usprawniając jednak to, co wewnątrz, automatycznie przyciągamy do siebie z zewnątrz to, co nas wspiera. Zmieniając myślenie o sobie, zmieniamy to, co dzieje się wokół nas, nie na odwrót.