Wiadomo, że jeśli nadmiernie chwalimy dziecko, unikając jakiejkolwiek krytyki to najprawdopodobniej wyrośnie z niego osoba zadufana w sobie, bezkrytyczna. Wiadomo, że jak chwalimy mało, za to mocno krytykujemy, to wychowamy kogoś zalęknionego, komu będzie brakowało pewności siebie.
Kiedy jednak dajemy negatywne informacje wprost, z czasem dziecku jest się łatwiej z nimi uporać, może się zbuntować lub zdystansować – uznać, że ktoś ma odmienne zdanie, inną perspektywę. trudniej jest, kiedy krytyka jest ukryta pod postacią aprobaty z nutką rozczarowania: „świetnie, a był ktoś lepszy od ciebie?”, „doskonale, a ile osób w klasie miało taką samą ocenę?”, „to super, teraz możesz postarać się o więcej”. Innymi słowy „jesteś dobry, ale nie wystarczająco, wróć, jak ci się uda osiągnąć coś więcej”. Nie ma z czym walczyć, bo przecież nie ma zarzutu. I nie ma satysfakcji, bo przecież to nic wyjątkowego. Jest za to poczucie bezsilności, które gdzieś z tyłu głowy zostaje na całe życie: że trzeba ciężko pracować (choć każdy wysiłek to za mało), żeby uzyskać aprobatę, akceptację czy miłość; że nie warto z niczego się cieszyć, bo za chwilę i tak okaże się to nic nie warte. Że życie jest jak rodzic, niby poklepie po plecach, ale jednocześnie da solidnego kuksańca pod żebro.
Oczekujemy od życia tego, czego nauczyliśmy się oczekiwać od rodziców. A czego oczekujemy, to przyciągamy i tego doświadczamy – raz po raz, tyle razy, ile trzeba, żebyśmy zauważyli i przeprogramowali swoje dziecięce, automatyczne i nieświadome przekonania. Z tego, co nas spotkało, na to, w co chcemy wierzyć – bo naszą rzeczywistość mogą tworzyć stare doświadczenia albo nowe wyobrażenia. Tam, gdzie odtwarzamy stare zapisy, kręcimy się w kółko; tam, gdzie odważamy się marzyć i spodziewać więcej od życia, tworzymy nowe scenariusze dla siebie i inspirację, postęp, nową rzeczywistość dla innych.